Wspomnienie stadionowe

Wiosennymi wieczorami 1958 roku jeździliśmy z akademika na Stadion Dziesięciolecia, aby pobiegać sobie po prawdziwej bieżni, ponieważ był powszechnie dostępny, a na otaczających go błoniach, znajdowało się kilka otwartych, normalnych boisk piłkarskich. Grać na nich mogli wszyscy, jeśli tylko się skrzyknęli i umówili, toteż zwykle było na nich pełno.

W sierpniu tegoż 1958 roku na Stadionie Dziesięciolecia odbył się legendarny mecz lekkoatletyczny Polska-USA, który oglądało około 100 tysięcy widzów. Makomaski wygrał na nim 800 metrów z Courtneyem (mistrzem olimpijskim), a ja wciąż widzę, jak bierze go na łuku, wychodząc na ostatnią prostą.

Jeden z moich kolegów grywa teraz w brydża z Makomaskim i mówi o nim “Zbyszek”, ale nie chce mnie do stolika dopuścić. Nie ufa, i słusznie, moim umiejętnościom brydżowym. Gdybym usiadł obok Zbigniewa Makomaskiego, pewnie karty wypadłyby mi z rąk.

 

 

Coś się dzieje

We wtorek, 14 lutego, w kawiarni cieplickiego hotelu Caspar odbyło sie spotkanie czytelnicze poświęcone książce Caspara Schwenckfeldta, Dokładne opisanie jeleniogórskiego ciepłego zdroju położonego na Śląsku pod Karkonoszami, ktorej pierwsze, oryginalne wydanie ukazało się w Goerlitz w roku 1607. Dziełko to autorstwa wybitnego, renesansowego lekarza (od 1593 – miejskiego w Jeleniej Górze) i przyrodnika (wydał też Thesaurus pharmaceuticus  czyli Skarbiec farmaceutyczny oraz Theriotropheum Silaesie  czyli Zwierzyniec śląski), spolszczył udatnie Andrzej Paczos, zredagował Stanisław Firszt, a współpracowali z nim profesor Zbigniew Domosławski i dr Adolf Andrejew. Edycję opracowano pomysłowo i starannie, wzbogacono ilustracjami, winietami i przypisami, co uczyniło z tego pierwszego opisu źrodeł cieplickich nie tylko lokalną osobliwość, ale także uniwersalny przyczynek do dziejów kultury, bo dbałość o zdrowie cielesne niewątpliwie do niej należy. Proszę sobie, na przykład, przeczytać rozdziałek Jak należy się właściwie przygotować do ciepłej kąpieli (s. 69-71). Można powiedzieć, że każda strona tego wydania została odpowiednio pomyślana, a dokonano tego w wydawnictwie AD REM w Jeleniej Górze. Rzecz jasna publikacja tak wyszukana nie mogłaby dojść do skutku, gdyby nie mecenasi, których jest cała lista, więc ich tu nie powtórzę, wspomnę tylko władze miejskie, stowarzyszenia kulturalne i towarzystwa naukowe, a także sponsorów prywatnych, wśród nich, miły mnie szczególnie, hotel Caspar w Uzdrowisku Cieplice. Nie mogę niestety opowiedzieć więcej o tym  spotkaniu, gdyż musiałem je opuścić, a to dlatego, że nieopatrznie zarezerwowałem sobie miejsce na spektaklu w jeleniogórskim teatrze Norwida, wychodziłem jednak z kawiarni, zdumiony tym, że przybyło na nie kilkadziesiąt osób, a niektórzy siedzieli na hotelowych schodach.

Monodram Alessandro Barrico, którego Jedwab czytałem kiedyś  z zapartym tchem,  Novecento w przekładzie Haliny Kralowej, w reżyserii Krzysztofa Prusa i ze scenografią Marka Mikulskiego, był popisem jednego aktora Jacka Grondowego, który nas bawił, uczył i zadziwiał,  dlatego  (i tu sala była pełna)  pożegnaliśmy go owacją na stojąco.         

Opowieści z Narni

Odrzucony obraz C.S. Lewisa wprawia mnie w pewien zachwyt, właściwie bezinteresowny. Podziwiam ten utwór humanistyczny, tak jak wyszlifowany perfekcyjnie brylant, który się iskrzy, ale pozostawia mnie chłodnym. Jest tam zdanie, które jest cudowne, z którego można wywieść wszystko, co myśli autor i jak obmyślał swój Model, będący raczej wizją świata:

“Sfera Primum Mobile wzrusza się dzięki swej miłości do Boga, a wzruszywszy się udziela ruchu reszcie wszechświata”.

Antropomorfizm wzruszeń tożsamych z poruszeniami jest oczywisty, ale Lewis na pewno by tego nie przyznał. Jeśli samo słowo “Model” wydaje mi sie zbyt racjonalno-konstruktywistyczne dla oznaczenia swoistości tego średniowiecznego mitu teocentrycznego, jaki z precyzją i finezją rekonstruuje autor, to sama rekonstrukcja jest olśniewająca. Ten Model (raczej – wizja, co już zaznaczyłem) jest nieomal kompletny – od teologii i kosmologii, poprzez geologię, biologię i socjologię (tu może widoczna słabizna autora, gdyż społeczeństwo i jego struktura trochę mu umykają), aż po psychologię! Model ten nie ma właściwie luk, a jego triadyczny rytm go homogenizuje i dlatego nie tyle jest spójny, ile, jak powiada autor: “nie zna zgrzytów”. Wszystkie ciała niebieskie i ziemskie obracają się w nim bezszmerowo!

Dzięki tak spójnej rekonstrukcji (będącej zapewne konstrukcją autorską, ale o to mniejsza) rozpoznajemy też właściwe zadanie tamtego Modelu (czyli wizji świata):  pierwszorzędne nie jest tu zadanie poznawcze i nie ma on dostarczać wiedzy o świecie, choć się nią posługuje, ale dawać oparcie, poczucie bezpieczeństwa w bycie, zadomowienia w nim.   

Taka właśnie jest funkcja mitu i średniowieczny Model teocentryczny, w interpretacji Lewisa, synkretycznie antyczny i chrześcijański zarazem, był takim wielkim mitem, przenikającym ludzi i oswajającym  świat w zaświecie i zaświat w świecie.

Odrzucając ten Model  w nowoczesności, której symboliczne granice wyznaczają Kopernik, Galileusz, Szekspir, Newton, Pascal i ich następcy, zastąpiono go, podpowiada Lewis, modelem “naturocentrycznym” z prymatem poznania i uświęceniem wiedzy. I to, można powiedzieć, jest źródłem, wszystkich naszych nieszczęść.

Jeśli jednak Model “naturocentryczny”, z gloryfikacją człowieka, jako korony bytu, jest również swego rodzaju oparciem i mitem bezpieczeństwa, jak sądził Brzozowski, to co się dzieje po jego rozpadzie? Oto jest pytanie, na które musimy sobie ciągle odpowiadać!

Na koniec mały cytat, wiadomo skąd:

“Narnijski czas płynie zupełnie inaczej niż nasz. Jeśli się spedzi w Narni nawet sto lat, powraca się do naszego swiata o tej samej godzinie, w której się go opuściło. Jeśli natomiast wróci się do Narni po tygodniu spędzonym tutaj, może się zdarzyć, że minęło już tysiąc narnijskich lat, albo jeden dzień, albo też czas w ogóle nie ruszył z miejsca. Nigdy się tego nie wie, dopóki się nie znajdzie w Narni.”      

Wielki łańcuch bytu

Zasada pełni, zasada ciągłości, zasada gradacji (Lovejoy).

Konspekt

Film Agnieszki Holland, który widziałem dotąd tylko raz, co mnie nie zadawala, jest najważniejszym od lat filmem polskim, a może nawet najważniejszym utworem artystycznym. Cechuje go skryte powinowactwo z opowiadaniami obozowymi Tadeusza Borowskiego, choć nie jest od nich zależny, i ma szanse dokonać podobnego przewartościowania w kulturze polskiej, a nawet świadomości zbiorowej, jakiego w swoim czasie dokonała proza Borowskiego. Powinien on także swoją wymową nie tylko wyjść poza schematyczne uściski  sporu między “szmalcownikami” a “sprawiedliwymi” (że je tak skrótowo i symbolicznie określę), które nie tylko wyczerpały się same, ale i uczestników wyjałowiły. Jeśli zostanie należycie odebrany i zrozumiany, powinien nas przywrócić najważniejszej debacie humanistycznej XX wieku, która właściwie u nas została zapoczątkowana, ale niestety najpierw znieprawiono ją instrumentalizacją ideologiczną, a w ostatnich dekadach zniekształcono redukcją etniczną.

W ciemności przywraca nam wszystkie te pytania, bez których nie ma prawdziwej sztuki i poważnej humanistyki: jaki jest ten świat?, co się z nim stało?, jak się mają i mieć mogą ludzie w nim?, co jest w człowieku i jak się objawia? Ciemna, doskonale przekazana wizualność tego filmu jest właściwą formą dla  podjęcia tych pytań w sytuacji ekstremalnej, ponieważ sprowadza je na poziom pierwiastkowy, “prymordialny”, do podziemia egzystencji, w rozumieniu Dostojewskiego, a nie Struga, choć i on jest tu słyszalny. To tu, zdaje się mówić Holland (podobnie zresztą jak Korczak w swoim Pamiętniku  z getta)  – tu patrzcie, bierzcie i myślcie, ponieważ wszystko, co powyżej, w nadziemiu, nie jest inną jakością, lecz tylko rozrzedzeniem tamtego podziemnego stężenia.

Przemyślane skupienie całej narracji na tym, co dokonuje się w człowieku i jak on sam się przeistacza, wraz z rzeźbiarską, rzec chcę, personalizacją wszystkich, nawet całkiem marginalnych postaci, wypełnia całą tą podziemną wizualizację pulsującą tkanką międzyludzką, a jej lokalne osadzenie, z wszystkimi jego kulturowymi, obyczajowymi i jezykowymi osobliwościami nasyca tę narrację wiarygodnością, jaką dzieła artystyczne rzadko osiągają.

Ale to i tak  jest  tylko konspekt tego, co należałoby napisać. Na razie mam tytuł: Tadek odwrócony.

Niby nic, a chodzi przecież o Tadka z U nas w Auschwitzu, o którego  pół wieku się spierano.

         

 

ACTA – błędy kardynalne

W sprawie ACTA popełniono przynajmniej trzy błędy kardynalne. I to nie w skali lokalnej, lecz globalnej.

Pierwszym błędem było połączenie w jednym akcie prawnym zagadnienia podróbek towarów markowych  z problemami twórczych praw autorskich. W ten sposób ochrona praw twórcy została sprowadzona do ochrony znaków towarowych, a same dzieła do towarów. Redukcja ta została dokonana rozmyślnie, a jej radykalizm dowodzi, że rządy i organizacje międzynarodowe działały w interesach producentów, a nie twórców i odbiorców. Artyści, którzy tego nie rozumieją, tracą coś więcej niż pieniądze. 

Drugim błędem było celowe zapoznanie specyfiki tego medium jakim jest World Wide Web. Otóż to jest gruntownie inna czasoprzestrzeń komunikacyjna (globalna interaktywność w czasie realnym), od tych, które znamy dotąd z innych mediów (pismo, druk, radio, telewizja), poznawczo, a nawet prawnie opanowanych. W internecie wszystkie relacje wszystkich elementów  są inne: planetarny zasięg, momentalność czasowa, nieograniczona właściwie multimedialność i nieskończone możliwości interfejsów, globalna społeczność sieciowa odbiorców, będących jednocześnie twórcami. Próba uchwycenia, usztywnienia i doktrynalizacji tej dynamicznej czasoprzestrzeni w  jednym akcie prawnym była z góry skazana na klęskę. Jej odgórne, apodyktyczne narzucenie świadczy o tym, że gdy idzie o interesy wielkich korporacji, rządzącym rozum odbiera i wiodą ich upiory.      

Trzecim błędem jest anachroniczne rozumienie twórczości i praw autorskich ukształtowane w kulturze druku i oparte o mocny, “twardy”, tekstowy fundament. Tekst to jest autonomiczna całostka słowna, ikoniczna lub dźwiękowa, która ma swoje obliczalne wymiary przestrzenne lub czasowe. Obowiązujące nas  rozumienie twórczości i autorstwa, ze wszystkimi  jego prawnymi, państwowymi i ponadpaństwowymi konsekwencjami oraz finansowymi skutkami, kształtowało się w kulturze zachodniej ponad dwieście lat (od pierwszego Copyright Act z roku 1739) i nie objęło jeszcze całego świata (Chiny np. nie respektują wszystkich konwencji). Zderzenie takiego, “tekstowego”, statycznego i monomedialnego pojmowania praw autorskich  z  dynamiką  komunikacyjną  multimedialnych  hipertekstów, bo to one stanowią o specyfice internetu, musiało  skończyć się  społeczną  klęską. I na szczęście.

To, że żadna ze światowych organizacji oraz żaden z ponadrządowych, rządowych i akademickich think tanków błędów tych nie spostrzegł i nie próbował im zapobiec, świadczy tylko o tym, że wszyscy ich członkowie ulegli  ”finansjalizacji” i tego świata, który współtworzą, nie pojmują. A to dopiero jest nieszczęście.    

Szyld

” Tłuczeń, kliniec, pospółka”  (Szklarska Poręba).

Sztuka życia

Wisława Szymborska zmarła.

Poprzez  nieunikniony potok banałów przebija się coś niezwykłego.  Ona:  ”wypiła swoją ostatnią kawę, wypaliła ostatniego papierosa”  i  odeszła. Ze świata w zaświat przeszła pogodnie – dla siebie i dla nas.

A jeśli zaświata nie ma?

 

Odpowiedź

Pewien młody dziennikarz, pracujący “na zlecenie agencji informacyjnej”, chce mnie zapytać czy “humanistyczna gerontokracja jest w ogóle w stanie przeżyć w sobie reformę i europeizację nauki wdrożoną przez panią minister B. Kudrycką”. Zastąpić ma tę gerontokrację, tak wynika z listu  “młody uczony światowego formatu, pracujący w US i agencji reklamowej, mogacy wynająć adwokata z dobrej kancelarii”. Rzecz jasna – odpowiednio pomnożony!

US, agencja reklamowa i wynajęty adwokat z dobrej kancelarii stanowią rekomendację, którą należy polecić ekspertom z Narodowego Centrum Nauki.

A oto moja odpowiedź:

Szanowny Panie Redaktorze,

w tych dniach wyjeżdżam do sanatorium i nie będzie mnie kilka tygodni. Więc nasze spotkanie możliwe dopiero na początku marca – zapraszam.

Co do “światowych formatów” i pochodnych – powinien się Pan zapoznać z książkami autorskimi prof. Wojciecha Burszty (zwłaszcza “Antropologia kultury”, kilka wydań, rzecz podstawowa nie tylko w skali krajowej) oraz jego inicjatywami wydawniczymi. Wedle mojej orientacji zawdzięczamy mu edycje kilkudziesięciu rzeczy ważnych w seriach Wydawnictw UJ, Wydawnictw UW, a także innych wydawnictw naukowych (wstępy Burszty, redakcje naukowe oraz recenzje, o których pobierze Pan wiadomości odwracając stronę tytułową). Podobnie przed rozmową ze mną dobrze będzie, jak Pan przeczyta “Wyobraźnię antropologiczną” (2006, ale nadal w sprzedaży) oraz zapozna z programem dwóch serii wydawniczych: ‘Wiedza o Kulturze” i “Communicare” (obie w WUW). Tę  ostatnią nagrodziła “Literatura na Świecie”, jako inicjatywę wydawniczą (2010).

Z poważaniem -

Andrzej Mencwel

Spójność

Partia, która rządzi obecnie w Polsce określa się jako liberalna i za taką też jest uznawana. A nawet wyzywana.

Bolesław Prus jest niewątpliwie wielkim polskim prozaikiem. Był też wybitnym pisarzem liberalnym i powinien należeć do panteonu polskich liberałów. W tym roku mija stulecie od jego śmierci (1912 – 2012).

Ani sejm ani senat RP nie uznały jednak za właściwe, aby uczcić należycie jego pamięć.

Przewodniczącym klubu parlamentarnego rządzącej partii liberalnej jest Rafał Grupiński. Jakieś dwadzieścia lat temu zapowiadał się całkiem dobrze jako krytyk literacki i publicysta kulturalny. Nie zauważyłem, żeby rzekł teraz słowo w obronie Prusa. Pewnie bliższy był mu Piotr Skarga, którego rok właśnie obchodzimy.   

« Poprzednia stronaNastępna strona »