Zapisane pod koniec tamtego roku

Dawno temu, w latach chłopięcych, podczas gorączki  nawiedzały mnie wizje. Nie odtworzę żadnej konkretnej, ale ich intensywność, zgęstwienie, kosmiczne wyuzdanie form – pamiętam dobrze.

A teraz co? Niczego nie widzę, leżę jak kłoda, słucham tętna. Tyka.

Wszystko to być może!*

Pan Cz., potomek pani Izabeli, która przed ponad dwustu laty zapoczątkowała i zgromadziła pierwszy w Polsce  cenny zbiór narodowych pamiątek, postanowił, zgodnie z wolą założycielki, przekazać tę kolekcję, przetrzebioną niestety podczas wojny, narodowi czyli Rzeczpospolitej. Darczyńca, świadomy ponadto, że środki pozwalające na pozyskiwanie i kupno tych skarbów pochodziły z przymusowej, darmowej pracy tysięcy chłopów poddanych, zrzekł się wszelkich roszczeń finansowych wobec państwa, którego obywatelami są potomkowie tych chłopów.

Prezydent odznaczył  pana Cz., będącego obywatelem innego państwa, Orderem Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

*/ Cytat ze Wstępu do bajek, Ignacego Krasickiego:

- A cóż to jest za bajka? – Wszystko to być może!

- Prawda, jednakże ja to między bajki włożę.

 

Kastrowanie prosiaków *

Możesz być niebo tak okrutne!

Wiliam Szekspir, Romeo i Julia, przeł. Józef  Paszkowski

 

wyciągaliśmy je z kojców p0 kolei

ale już przy pierwszym podnosił się rumor

przeraźliwy pisk że aż uszy bolały

brat siadał na ryj przyduszał całym sobą

i mocno chwytał tylne golenie

tu nie było mowy o męskiej solidarności

bo ich męskość była ledwie wyczuwalna

jako dwa niewielkie zgrubienia pod skórą

ojciec żyletką kreślił im przeznaczenie

a potem rzucał kurom na pożarcie

 

przez ich żołądki do mojego serca

po dziś dzień trafiają wszystkie

historie o zakazanej miłości

 

marzec 2015

_________________________________________

* Przepraszam cię , Mamo, ale ludzie gadają, że poezja nie takie rzeczy widziała i że można śmiało drukować.

 

(Tytuł wpisu jest tytułem wiersza, przepisanego, łącznie z przypisem, z tomu Marcina Tomczaka, weno wej!

Łódź/Kadzidło 2016, s. 68.)

Życzenie paradoksalne

Eskalacja rośnie, erupcja się przybliża. W takich razach wystarcza jeden nieoczekiwany i nieprzewidziany impuls, aby nastąpiła. W napięciach społecznych, które są przecież międzyludzkie, impulsu takiego dostarcza zazwyczaj trup – przypadkowy, podrzucony lub wymyślony. Wtedy wybuchają moce, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować i następują pogromy. Aby je powstrzymać trzeba na ulice wyprowadzić wojsko…

Życzę wszystkim, którzy do mnie zaglądają, aby mieli możność uznać, że moje rozumowanie było całkowicie niedorzeczne.

Przypomnienie

Uchwalili ustawę, z której wynika, że, aby zamanifestować swoje poparcie dla rządu, muszę uzyskać zezwolenie przedstawiciela rządu.

„Rząd się sam wyżywi”. 

O sztuce pisania

Mogę nieskromnie powiedzieć, że przeczytałem górę książek z wypowiedziami pisarzy o sztuce pisarskiej, ale z tego wszystkiego zostały mi w pamięci dwa zdania, dwóch różnych, lecz bliskich mi autorów, które sobie często powtarzam:

Po napisaniu książki człowiek dopiero się dowiaduje, jak mógłby ją napisać.

(Bronisław Baczko)

Piszę, bo nie wiem. Jak bym wiedział, to bym nie pisał.

(Wiesław Myśliwski)

 

Zachęta

Na ubocznej, staromiejskiej uliczce w Jeleniej Górze, jest miła knajpka, która nazywa się „Śródziemnomorska”. Przed wejściem do niej stoi tablica z zapisaną kredą rekomendacją dzisiejszych dań. Powyżej, na tej samej tablicy taka zachęta:

„U nas nie ma wi-fi, porozmawiaj z nią!”.

Trzecia świeżość

Miałem irracjonalną pewność, że amerykańskie wybory wygra Trump. Irracjonalna pewność polega na tym, że nie wymaga żadnych racji, dlatego ich nie przedstawiałem. Ale nawet mnie zaskoczyły rozmiary jego zwycięstwa.

Powinienem wiedzieć, że w polityce, a raczej wśród wielkich mas ludzi ważne jest to coś, czego nie ujmują żadne prognozy ani sondaże – mianowicie świeżość. Hilary Clinton przegrała dlatego, że była nieświeża. Parafrazując sławetne powiedzonko z Mistrza i Małgorzaty - to był łosoś trzeciej świeżości.

Amerykańscy demokraci stracili historyczną szansę nie wystawiając przeciw Donaldowi Trumpowi – Berniego Sandersa. Wygląda na to, że europejscy odpowiednicy tamtych demokratów (w tym polscy) w różnych krajach również zamierzają stracić swoje szanse.

Głównie -  łososie trzeciej świeżości.

 

Pisarz

Na pogrzebie Jerzego Szackiego powiedziano wiele słów ciepłych, pięknych i trafnych o Zmarłym i Jego niezwykłej osobowości  oraz imponującej  twórczości. Zabrakło mi jednak w tym dźwięcznym wielogłosie słowa o Jego sztuce pisarskiej i teraz je dopisuję. Otóż Jerzy Szacki był nie tylko wyjątkowym, samoswoim uczonym i nauczycielem – był także twórczym i świadomym pisarzem humanistycznym. Zaświadcza o tym nie tylko wczesna, udana biografia Maurycego Mochnackiego (Dzieje jedynego romansu, 1964), którą przypomniałem na uroczystości odnowienia Jego doktoratu (zawsze żałowałem, że zarzucił ten gatunek), ale również opus magnum Jerzego Szackiego, czyli monumentalna Historia myśli socjologicznej. Nie jest ona przecież wykładana, choć z wykładów wyrosła, a ich elementy musi zawierać, lecz, w swoim kształcie pisarskim – opowiadana i to rozmyślnie. Co może nie jest tak niezwykłe, gdy chodzi o idee mocno ugruntowane i wielokroć rozpracowane (jak np. konserwatyzm czy liberalizm), albo o myślicieli uklasycznionych (Vico, Saint-Simon, Tocqueville), ale kiedy idzie o formalizm, neopozytywizm czy funkcjonalizm, budzi w czytelniku amatorskim pełne zdumienie. W nowym, poszerzonym i wzbogaconym wydaniu tego dzieła, Jerzy Szacki pisarsko przekroczył dotychczasowe osiągi, ponieważ wpisał w nie także przejrzyste i potoczyste opowiadania o pracach takich ezoterycznych komplikacjonistów, jak Bourdieu, Habermas i Foucault.

Co potwierdza, iż ten uważny słuchacz, uchodzący za empatycznego milczka, był utalentowanym, rzec nawet można – rozpasanym narratorem, a talent swój i skrywaną na co dzień skłonność, zrealizował w epickim dziele naukowym, które pisarsko jest właściwie odyseją myśli ludzkiej o świecie ludzkim.

Nauczyciel

Wróciłem ze swojego schroniska, położonego co prawda w Kotlinie, lecz z widokiem na Góry Olbrzymie, gdzie szczęśliwie nie słuchałem i nie czytałem żadnych bieżących informacji, akurat na wiadomość o śmierci Jerzego Szackiego. Poczułem się nią osobiście ugodzony, ponieważ od lat uczyłem się od Niego, a ciesząc się przyjazną Jego życzliwością, miałem taką wewnętrzną pewność, że mogę zaraz zejść z uniwersyteckiej skarpy  na dół, do mieszkania na Lipowej, a On, umieszczając mnie zręcznie pośród piramid książek i papierów, odpowie rzetelnie, choć powściągliwie na dręczące mnie pytania.

Pewność ta była ważniejsza psychicznie, niż faktycznie, ponieważ przez wszystkie te dekady (pierwszy raz uczestniczyłem w seminarium Szackiego około roku 1965), byłem u Niego osobiście ledwie kilka razy, zawsze w czasach krytycznych, a wychodziłem pokrzepiony, nie przez pocieszenie, lecz przez uzdolnienie do należytej refleksji. Zawsze odtąd byłem pewien, że On tam jest, na swoim miejscu w świecie, równie mądry i równie spolegliwy.

Życie w czasach krytycznych, w jakich żyliśmy i żyjemy, nie jest łatwe dla nikogo, również dla ludzi nauki, ale świadomość, że niezmiernie rzadko, jednak prawdziwie, przydarzają się wśród nich mędrcy, będący ostoją dla otoczenia i autorytetem ponad nim, życie to trochę ułatwia, a mnie umacnia.

Podziwiałem Jerzego Szackiego za miniatury historyczne (Kontrrewolucyjne paradoksy) i za monumentalną encyklopedię humanistyczną (Historia myśli socjologicznej), i za wszystkie właściwie książki, dzieła te zostaną z nami, ale Jego w tym miejscu na świecie już nie będzie.

« Poprzednia stronaNastępna strona »