Prawda



Tak! Napisany po Buczy artykuł Dawida Warszawskiego (Dlaczego w ogóle widzimy te zdjęcia? Gazeta Wyborcza, wtorek, 5 kwietnia) jest zapewne najlepszy na świecie i, niestety, najprawdziwszy. Cytuję:

Dotychczasowe propozycje wzmocnienia obrony Ukrainy poprzez dostawy samolotów bojowych lub czołgów były przez NATO odrzucane ze względu na sensowny argument, ze podnoszą one ryzyko rozpętania przez Putina III wojny światowej. Ale zdjęcia z Buczy zmieniają te oceny. Ryzyko wprawdzie pozostaje to samo, ale koszt bezczynności dramatycznie wzrósł: z tym, co zrobiono w Buczy, pon prostu współistnieć nie można. Jest to ryzyko niemniej nieakceptowalne niż groźba poszerzenia wojny Nie tylko dla kolejnych miast ukraińskich. które mogłyby się znaleźć pod rosyjskim butem, ale dla wszystkich, którzy żyją z Rosją na tym samym kontynencie czy na tej samej planecie. Ta rzeź nie była wyjątkiem lecz normą (o podobnych zbrordniach donoszą też z Irpienia czy Mariupola) – i Rosja chce, żebyśmy o tym wiedzieli. Tera czeka na naszą odpowiedź.

Nie może ona brzmieć: “z tym też da się żyć”,  bo z tym żyć się nie da. Z tym można jedynie umrzeć.


Z baśni…



Ta książka (Wiesław Myśliwski, W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022), która do mnie doszła przedwczoraj, wydana jest pięknie: obwoluta w tonacji brązu z wymownym portretem, oprawa, tytuł, słowo od wydawcy, ilustracje, rozplanowanie stron, czcionka druku, lekka sepia papieru. Wszystko jak należy, aby uczcić jubileusz (90 lecie) pisarza. Rzecz powstała z inicjatywy Znaku, tym większe więc uznanie dla redaktorów, bo autor nie był pewnie łatwy we współpracy, albo tak sobie tylko kwękał w rozmowach telefonicznych z przyjaciółmi.

Z dwóch części książki – Mowy i rozmowy - ważniejsza wydaje mi się część pierwsza, choć całość na razie przejrzałem. Myśliwski bardzo rzadko wypowiadał się wprost o sobie, swoim pisarstwie i wizji świata, ale kiedy już mu się to przydarzyło (na sześćdziesiąt lat twórczości jest to raptem stron sto dwadzieścia, czyli po dwie na rok), czynił to zwięźle, istotnie i celnie. Jestem nieomal wyznawcą tych jego przemów, a że nie są to czcze słowa potwierdzi poniższa anegdota.

Otóż kiedy Wiesław mi pierwszy raz powiedział, że ta książka jest przygotowywana, a było to jakiś czas temu (chyba jeszcze przed pandemią), zaraz przypomniałem sobie jego wypowiedź z roku 1985, wygłoszoną w Starej Prochowni, z okazji Nagrody Klubu Kultury Chłopskiej za Kamień na kamieniu. Pamiętałem ją bardzo dobrze, bo wypowiedział tam zdanie, które uznałem za genialne i wielokroć je potem, w różnych gronach, powtarzałem: Piszę, bo nie wiem. I dodawałem: Jakbym wiedział, to bym nie pisał. Ten tekst, jak się okazało, nam się zagubił, autor nie miał rękopisu, a ja nie pamiętałem, gdzie był publikowany. Myśleliśmy, że w “Twórczości”, ale w bibliografii go nie było, potem Wiesław przypomniał sobie, że w “Polityce”. Przeglądałem to, co  z tygodnika zdigitalizowane, ale rocznika 1985 jeszcze nie było. Niezawodna okazała się Wojewódzka Biblioteka w Kielcach, która tekst odnalazła i odbitkę przesłała autorowi. I dzięki temu znalazł się on nie tylko w tej Summie (tytuł wstępu Jerzego Ilga) Myśliwskiego, ale nawet na jej czele, pod tytułem Wyznanie. Zaś wygłoszona dwadzieścia pięć lat później (rok 2009) w Uniwersytecie Opolskim, mowa z okazji doktoratu honorowego, zyskała w druku tytuł: Piszę, bo nie wiem.

Przeczytałem to Wyznanie z wewnętrznym drżeniem i trafiłem na zapamiętane zdanie, bo jest: Piszę, bo nie wiem. Ale tego drugiego (Jakbym wiedział, to bym nie pisał) nie ma, a jestem pewien, że Wiesław je wypowiedział. Może nie miał go zapisanego i dlatego nie znalazło się w druku? Czy to ja się pod niego podszyłem i to wielokrotnie? Jeśli tak – liczę na jego wyrozumiałość.

Na koniec – odnalazłem ten wycinek (Mówi Wiesław Myśliwski, “Polityka” 1985, nr 51/52). Był schowany pod obwolutą pierwszego wydania Kamienia na kamieniu. Już po wszystkim – kiedy książka była w druku.

   


Bezsilność



I pomyśleć, że już dwa tygodnie nic tutaj nie zapisałem? Ale, co mam pisać? Być kronikarzem wojny – nie mam siły, nie potrafię.  Każde zranione dziecko, każdy zrujnowany dom ożywiają moje najgorsze wspomnienia – praobrazy moich wyobrażeń. Tak, pamiętam jak w ścianę naszego tarnobrzeskiego mieszkania walnął granat i wybił w niej dziurę, my zaś uciekaliśmy z pięterka w tumanach kurzu i dymu… Nie, zabitych kobiet i dzieci na oczy nie widziałem, podobnie poległych żołnierzy, ale tyle obrazów fotograficznych i filmowych mam w sobie, że są moje własne i zaraz ożywają, gdy tylko pojawiają się zdjęcia z Ukrainy. Łzy stale cisną mi się do oczu, wzmagane przez poczucie bezsilności. Bojownicy ukraińscy walczą zawzięcie, oby nie do ostatniej kropli krwi, a my na to patrzymy w telewizji, w najlepszym razie wspomagając uchodźców. Nie mogę już słuchać tych powtarzanych nieustannie banałów o gwarancjach NATO, jedności Unii Europejskiej, pomocy wolnego świata. Ale przecież dobrze, że są głoszone i nie są kłamliwe…

Z powodu tej bezsilności zadaję sobie ciągle pytanie: co można zrobić, aby powstrzymać Putlera, czyli Rosję? (Inną kwestią wymagającą osobnego rozważenia jest pytanie – dlaczego Rosja jest ciągle swego rodzaju samodzierżawiem?). Zakończyć tę zbrodniczą wojnę, niszczącą ludzi i ich otoczenie.

Właściwie, od drugiego chyba tygodnia wojny, nęka mnie przeświadczenie, że wszystkie te sankcje (zresztą dziurawe) Putlera nie powstrzymają. Potrzebne, raczej konieczne, jest jakieś zaskakujące cięcie chirurgiczne, precyzyjnie wymierzony lancet lub skalpel, który przetnie ten wojenny krwioobieg. Ale jakie cięcie, jaki skalpel? Nie wiem, nie moją rzeczą jest to wymyślać, wolny świat ma od tego setki sztabowców. Co prawda – oni mogą być tak ślepi, jak tysiące etatowych sowietologów przed upadkiem Związku…

Jeśli jednak my, czyli Zachód, tego cięcia nie zrobimy i Putlera nie zgasimy  – będziemy tygodniami, albo i miesiącami, bezsilnie patrzeć na wykrwawianie i rujnowanie Ukrainy. Ponieważ ma on w sobie zakodowany już wzór niszczenia Groznego i Aleppo, a odurzony rosnącą nienawiścią nie może pojąć innej skali mocy i wielkości, przed jaką stawia go Ukraina.  


Sen, mara



Czy Mikołka tak się upił, że popadł sam w niszczycielskie oszołomienie, czy też podniecili go kompani, co razem z nim wytoczyli się z tej przydrożnej karczmy, tego nie da się rozstrzygnąć. Zapewne jedno i drugie, splecione i wzmacniające się nawzajem, szał Mikołki i obłęd kompanów, doprowadziły do tej eksplozji okrucieństwa i przerażającej, absurdalnej zbrodni. Mikołka bowiem, gdy znalazł się na dworze, zobaczył swoja chudą szkapinę zaprzęgniętą do ciężkiej fury, jaką zwykle ciągną perszerony i może dlatego, że poruszenie tego brzemienia przerastało siły wątłego konika, postanowił  batem zmusić go do jazdy i to z dodatkowym obciążeniem wskakujących na wóz złoczyńców. Klaczka nie dawała rady i dać jej nie mogła, ale to nie powstrzymało Mikołki, lecz go rozsierdziło. Skoro bat nie skutkuje, grzmoci ją hołoblą, nakazując cwałować, a kiedy i to jego żądzy nie zaspakaja, dobywa stalowy drąg,  którym w grzbiet uderza i szkapinę zwala z nóg.

- Dobijać ją! – ryczy Mikołka i jak opętany zeskakuje z wozu. Kilku parobków, również czerwonych i pijanych chwyta, co wpadnie pod rękę – bicze, kije, hołoble i biegnie ku zdychającej kobyłce. Mikołka staje z boku i na oślep zaczyna ja bić po grzbiecie. Szkapa wyciąga łeb, ciężko wzdycha i umiera.

- Zadręczył! – wołają z ciżby.

- A czemu nie chciała pójść w cwał – krzyczy Mikołka z łomem w ręku, z krwią nabiegłymi oczami. Stoi, jakby żałując, że już nie ma kogo katować.

To jest scena podwójnie, rzec można, nierealna, ponieważ pochodzi z powieści (Zbrodnia i kara), na dodatek ze snu głównego bohatera. W intencjach autora, Fiodora Dostojewskiego, miała ona przestrzec Rodiona Raskolnikowa przed zbrodnią, którą sam zamierzył i której, jak wiemy, dokonał. W moich czytaniach Zbrodni i kary,  miała ona i ma pewien sens autonomiczny, wyższy niż intencje autora, a pamiętam ją może najlepiej z całego utworu.

Dostojewski w swoich ideowych wypowiedziach tak ślepo wierzył w mądrość ludu rosyjskiego i władzę caratu, że właściwie nie da się ich spokojnie czytać. Proszę sprawdzić, na przykład, co pisze w Dzienniku pisarza, na początku kwietnia 1877, w związku z wybuchem wojny turecko-rosyjskiej (cytuję tylko tytuły podrozdziałów: I. Wojna. Jesteśmy najsilniejsi; II. Nie zawsze wojna jest klęską, niekiedy też ocaleniem; III. Czy ratuje przelana krew? IV. Zdanie najłagodniejszego cara o kwestii wschodniej). Ubocznie jedynie zauważę, że to może jest lepszy klucz do mentalności Putlera, niż wszystkie współczesne dywagacje psychologiczne. Jeden cytat, jak znalazł: Długotrwały pokój zawsze rodzi okrucieństwo, tchórzostwo i ordynarny, rozdęty nad miarę egoizm, a przede wszystkim – zastój umysłowy.

Otóż scena z Mikołką dlatego jest tak mocna, że w niej odsłania się pisarz Dostojewski, nieskończenie mądrzejszy od Dostojewskiego ideologa. Czy moja wiara w Rosję, w jej zbawczą misję i nieskruszoną potęgą, jest błędna i zakrywa jej moralną nicość oraz tępe okrucieństwo ? – pyta rozpaczliwie sam siebie. A ponieważ nie może dopuścić, żeby to pytanie jego samego skruszyło, to zamienia je w sen Raskolnikowa.

Ale ono nie znika i niestety staje też przed nami.

     

 

 


Klęska Putlera



Jestem przekonany, że Putler przegra tę wojnę, właściwie już ją przegrał, a jej definitywny koniec jest tylko kwestią czasu. I to, niestety, nie tygodni, lecz raczej miesięcy. Dlatego “morze ofiar”, pospolita przenośnia, której użyłem poprzednio, może być, niestety, odpowiednia. Będzie nam trudno to wszystko przetrzymać, ale Ukraińcom nieporównanie ciężej, a dadzą przecież radę.

Przekonanie swoje opieram na dwóch przesłankach, pierwsza wskazuje Ukraińców, druga Putlera. Jak widać, cały Zachód (włącznie z Polską), czy też wolny świat, odgrywa w tym rolę pomocniczą. Ale od tego, jak ją odegra, wiele zależy.

Po pierwsze zatem – Ukraińcy już wykazali, że są narodem tak niepodległym i ofiarnym, że nie ma i nie będzie siły zdolnej ich pokonać. Trzeba pamiętać, że ich nowoczesna tradycja niepodległościowa kształtowała się wprawdzie od połowy XIX wieku, ale powszechna edukacja w języku ukraińskim liczy zaledwie ćwierć wieku. Przy czym Ukraina pozostaje nadal krajem dwujęzycznym – w migawkach telewizyjnych nierzadko słyszymy mówiących po rosyjsku ukraińskich bojowników, a wspaniały prezydent Żełeński wypowiada się w języku niedawno wyuczonym. Jeśli chodzi o kształtowanie nowoczesnych narodów, właściwie jedno wiemy z pewnością – to mianowicie, że obowiązek szkolny w języku i historii narodowej jest podstawą masowego patriotyzmu, a bez niego nie ma niepodległości państwowej. Oczywiście oblicza tego patriotyzmu są różne – szwajcarski jest odmienny od polskiego, nie tylko dlatego, że wielojęzyczny – jednak edukacja podstawowa jest zawsze jego podstawą. Otóż to, że cała ta olbrzymia przecież, zróżnicowana etnicznie, wyznaniowo, kulturowo i społecznie Ukraina, stawia tak mężny i ofiarny opór imperialnemu najazdowi, najmocniej przemawia za klęską Putlera. Ani jednego aktu poddania, kolaboracji, zdrady – na północy i na południu, we wsiach i w miastach, na pograniczach i w metropoliach. Nie jest już  kwestią, czy Rosja Putlera tę wojnę przegrała, jest tylko pytanie, kiedy będzie zmuszona to uznać.

Po drugie – Putler niczego nie ma, poza gołą siłą militarną, która okazała się zresztą słabsza niż ktokolwiek oczekiwał. Wobec dwóch zbrodniczych olbrzymów, Hitlera i Stalina, obok których będzie historycznie osądzony (mam nadzieję, że również sądownie), jest nędznym karłem. Stalinowski Związek Sowiecki był przeniknięty ideologią komunistyczną, a w jej patos wierzyli nie tylko jego mieszkańcy, ale także komuniści i progresiści na całym świecie. Putler, w porównaniu ze Stalinem, nie ma nic, a jego mowa wypowiadająca wojnę była przeciwskuteczna, bo poniżała tych, których rzekomo chciał wyzwolić. Podobnie niestety z Hitlerem – jego Niemcy popierali go entuzjastycznie, gdyż wierzyli, że jutro będzie do nich “należał cały świat”. I z pieśnią na ustach łamali granice Austrii, Czechosłowacji, Polski, Francji… Rosyjscy żołnierze w Ukrainie są najemnikami, a nie entuzjastami i nikt z nich niczego nie śpiewa, widzieliśmy natomiast takich, którzy płaczą…

Co można zrobić, aby Ukrainę wzmocnić i klęskę tą przyspieszyć? To wszystko, co już robimy (my, to znaczy cały Zachód) – i jeszcze więcej. Ale co właściwie? Może jednak coś, co go naprawdę zaskoczy i przestraszy?   

 


Przeklęte pytania



Co do tej strasznej, bolesnej wojny – łatwiej płakać niż pisać.
Tego ranka, 24 lutego, kiedy się o niej dowiedziałem, miałem dwie myśli:
1. Piękny doktorat honorowy dla Olgi Tokarczuk w Uniwersytecie Warszawskim, w którym miałem honor być laudatorem, okazał się symbolicznym końcem epoki. Tego “normalnego” u nas ćwierćwiecza, w którym rozwijaliśmy się tak bezpiecznie i swobodnie, jak to u nas wyjątkowe. W dziejach Polski od połowy osiemnastego wieku (protektorat carski nad wyborem króla) przeważał stan wojenny i właśnie do niego wróciliśmy.
2. Zbrodniarze wojenni powinni zostać osądzeni przez trybunał międzynarodowy – i to napisałem do kolegów.
Teraz, chyba przedwczoraj  (popadłem w omikrona, więc jestem spowolniony) Rafał Marszałek przysłał mi artykuł Kasparowa i zdobywam się na odpowiedź.
Prawie we wszystkim Kasparow ma rację, jednak “demaskacja” głupoty i ślepoty “Zachodu” przez niego, ma jakieś, niezbyt przyjemne brzmienie “wielkoruskie”… Pozwala mu uniknąć choćby cienia odpowiedzi na dwa pytania, które mnie męczą nieustannie:
1. Co jest takiego w Rosji i Rosjanach, że nie tylko wynoszą do władzy Putlera, ale jeszcze go przy niej dożywotnio utrzymują? I pozwolili mu na te wszystkie najazdy, represje i zbrodnie? Tak, wiem, że byli tacy i są, którzy ryzykując wiele, niektórzy życie, protestowali i protestują. Ale co jest w duszach zwykłych, powszednich, by tak rzec, mieszkańców, rosyjskich miast, wsi i miasteczek? Dlaczego oni nie tylko się z tym godzą, ale i to popierają? Staram się, z całych sił nie popaść w antyruskość, będącą zwierciadlanym odbiciem wielkoruskości, ale coraz mi trudniej.
2. Jak można sobie wyobrazić dobry koniec tej wojny? Zwycięstwo Ukrainy, klęskę Rosji, powrót jej pobitej armii i przewrót we władzach Federacji? Ile to może trwać i jakie pociągnie za sobą morze ofiar? Implozja Federacji Rosyjskiej, której nie wykluczam, a właściwie pragnę, może się okazać, katastrofą kontynentalną (więc i światową), wobec której wszyscy okażą się bezradni. I znowu władzę przejmą jacyś zdeterminowani, fanatyczni bojowcy, jak było w 1917?

***



3 lutego zmarł Jarosław Marek Rymkiewicz.

Pierwsza myśl w takich razach, dla mnie  coraz bardziej częstych: Niemożliwe! Był przecież tylko cztery lata starszy ode mnie. Ale czas przeszły, który wskakuje w zdanie samoczynnie, jest nieubłagany.

Byliśmy ongiś zaprzyjaźnieni i znalazłem niedawno Jego tomik wierszy z ujmującą dedykacją. Całe wieki oddaliły nas od tamtego czasu, gdyż działo się to w zespole Stefana Żółkiewskiego w Instytucie Badań Literackich PAN. Dyskutowano tam także manifest doktoranta i poety Czym jest klasycyzm?, a budził on aprobatę naszego szefa, pogrążonego jeszcze w realizmie bez granic.

Czytałem ostatnie historyczne eseje Rymkiewicza, pobudzały mnie one prawdziwie, ale nie zgadzałem się z nimi do szczętu, czemu dawałem wyraz na piśmie. Pozostawałem więc z nim nadal w pewnej łączności, tym bardziej będzie mi Go brak.

 

 

 


Godność



W czytanym ponownie Prawieku Olgi Tokarczuk przejmuje mnie postać starutkiej Florentynki i to nie dlatego, że sama Matka Boska obroniła przed kościelnym jej sparszywiałego psa, lecz przeto, że nauczyła się ona rozmawiać ze swoimi psami i kotami wzajemnie emitowanymi obrazami.

Były tam rzeczy widziane od środka, bez tego ludzkiego oddalenia, które niesie poczucie wyobcowania. Świat wydawał się przez to bardziej przyjazny.

Florentynka o swoich psach i kotach mówiła psowie i kotowie, a na samym początku moich studiów polonistycznych uczono mnie, że – owie to przyrostek godnościowy. I może ta godność zwierząt w prozie Olgi Tokarczuk porusza mnie najbardziej.


Kicz i tandeta



Film “Gierek”, który obejrzałem wczoraj będąc jedynym widzem na sali, należy do najgorszych, jakie widziałem w życiu.

Po kwadransie emisji zacząłem zastanawiać się, czy jest to kicz, czy  tandeta i doszedłem do poniższego odróżnienia.

Kicz zazwyczaj jest wzmożeniem, wszystko, co w nim oglądamy, jak większość współczesnych widowisk telewizyjnych, które znam z reklam i zapowiedzi, zrobione jest “na bogato” – w przestrzeniach, światłach, hałasach, strojach i  ozdobach. Kicz chce nas oszałamiać, ale raczej odraża.

Tandeta przeciwnie, jest zubożona, czegoś jej brakuje, albo się pruje, trzeba więc ją cerować, łatać, sztukować i te podróbki wyłażą z niej nieuchronnie. Tandeta jest właściwie ordynarna i dlatego nas odrzuca.

Film “Gierek” jest tandetą – wszystko jest tu wizualnie zbiedniałe, prostackie, prymitywne. W intencjach realizatorów ma on prawdopodobnie przedstawiać realność “siermiężną”, ale przedstawia naprawdę ich ubogą wyobraźnię, albo marne środki finansowe, bo nawet na balu sylwestrowym nie wystawili wiarygodnej liczby statystów.

Ale nie to jest w nim najgorsze. Najgorsze jest to, że realizatorzy, chcąc historycznie obronić Gierka (rola Michała Koterskiego jest najlepszą stroną filmu), muszą pogrążyć Jaruzelskiego, czyniąc z niego obrzydliwego psychopatę i posłusznego agenta sowieckiego.

To jest znamienny przypadek aberracji, której nie nazywam twórczą, żeby nie uwznioślać szpetoty, lecz psychospołeczną, gdyż panuje ona właściwie w naszym życiu publicznym. Nie sposób w nim teraz przypuścić, że rywal, czy też przeciwnik polityczny jest osobą ludzką, źle radzącą sobie z wyzwaniami i zadaniami, które go przytłoczyły, przerosły, złamały. Nie, nic podobnego – musi on być moralnym karłem, zawołanym złoczyńcą, odnogą od piekła. Jak Jaruzelski w filmie “Gierek”.

Co to znaczy? Co znaczy zanik dramatycznego widzenia rzeczywistości ludzkiej, osób poszczególnych i kreacji twórczych? Najprościej byłoby powiedzieć, że oznacza to zbiorowe wymóżdżenie, zapowiedź totalnej społecznej klęski. Ale nie zgadzam się z taką opinią, ponieważ mam inne doświadczenie międzyludzkie (zob. wpis pt. Łatek czyli medium duchowe z 8 stycznia br.).

To tylko, na tak zwanej scenie publicznej, kicz idzie o lepsze z tandetą.

 

 

 


Bezrozumność



Wojna…wojna jest prawie pewna – mówią i piszą we wszystkich mediach, niepewny jest tylko jej zasięg. Prezydent Stanów Zjednoczonych uważa, że będzie to raczej “mała” wojna – zajęcie Doniecka lub łącza z podbitym Krymem. I co wtedy ze strony NATO? Nowe restrykcje – wielkie (“jakich jeszcze Putin nie widział”), czy  mniejsze, odpowiednie do skali podboju? Oczywiście – mniejsze – o to już zadbają Francja, Niemcy czy Włochy, a także Grecja. Co to znaczy mniejsze? – takie, które Rosja przełknie, jak przełknęła poprzednie.

Jeśli Putin dobrze kalkuluje, a jest nie tylko hokeistą, także szachistą, to tak właśnie postąpi. Ukraina zostanie po raz kolejny upokorzona, Polska i kraje bałtyckie staną się państwami frontowymi, a Unia Europejska podłączy się do Nord Stream 2, ponieważ rurociągi ukraińskie zostaną zniszczone lub zablokowane. A o to przecież Rosji chodziło.

To i tak byłoby tak zwane mniejsze zło, bo coraz częściej domniema się, że zbrojna interwencja rosyjska zainstaluje w Kijowie prorosyjskie marionetki. I będzie jak już było.

Co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? Nie to, że jest pewne, iż Putin się nie cofnie, lecz to, że nie mam żadnej nadziei, aby za mojego życia wroga relacja z Rosją, zmieniła się na przyjazną. Nie widać też żadnego Rosjanina, który protestowałby przeciw groźbie tej wojny. 

Umom Rassiji nie paniat’.


« Previous PageNext Page »