Królowa sportu



Co do mnie odczuwam ulgę po tej klęsce. Właściwie nie lubię piłki nożnej i to nieustanne oglądanie naszych “narodowych” występów odczuwałem jako przykry przymus. Wracam z rozkoszą do lekkiej atletyki, którą kocham od niepamiętnych lat. Czy jest coś wspanialszego w sporcie niż dobry bieg na 800 metrów, albo sztafeta 4×400? Oto królowa sportu, której jestem wdzięcznym poddanym!

 


Przyjazność



Nie byłem uczniem Profesora Henryka Samsonowicza, chociaż jestem jego przysięgłym czytelnikiem. Szczycę się tym, że podarował mi kiedyś odbitkę swego artykułu o “idei piastowskiej”, o której rozmawialiśmy. Znając Go od wielu lat nie miałem śmiałości uważać się za kolegę, ale on miał tę właściwość, że do koleżeństwa podnosił. W jego powszednim sposobie bycia było coś niezwykłego, na co nie mogę znaleźć dobrego słowa, choć szukałem go wczoraj przez cały czas pogrzebowy: uprzejmość? grzeczność? życzliwość? I to, i to, i tamto – a jednak za mało, jakaś istotna jakość, ta specyficzna i najważniejsza wymyka się tym słowom. Może tak najbliżej: przyjazność. On miał w sobie przyjazność i umiał nią oddziaływać. Wspólnota uniwersytecka w Jego istnieniu była więzią żywą.

Cieszyłem się przyjaznością Profesora Henryka Samsonowicza od wielu lat, zapewne dlatego, że ciekawiła go wiedza o kulturze, którą tworzyliśmy. Z kilku kolejnych kroków akademickiej instytucjonalizacji jeden, bardzo ważny i poniekąd koronny, został dokonany przy Jego pomocnym, zapewne decydującym udziale. Po uzyskaniu akredytacji uniwersyteckich i założeniu Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego następnym krokiem był wniosek o powołanie Komitetu Nauk o Kulturze Polskiej Akademii Nauk. Wniosek ten, uzgodniony z najważniejszymi środowiskami kulturoznawczymi w polskich uczelniach, przygotowałem i przedstawiłem Profesorowi  Samsonowiczowi, który był wtedy Przewodniczącym Wydziału Nauk Społecznych PAN (działo się to w latach 2003-2004). On nie tylko wniosek przyjął, ale również zaprosił mnie na posiedzenie plenarne Wydziału, gdzie miałem go przedstawić. Nie jestem bojaźliwy, ale trochę drżałem przed tym wystąpieniem, gdyż zdawałem sobie sprawę, że akademicy raczej są konserwatywni, a powoływania nowych nauk nie lubią szczególnie.

Obrady Wydziału Nauk Społecznych PAN odbywały się w Sali Lustrzanej Pałacu Staszica, a ja, czekając na swoją kolej, siedziałem z tyłu, pod ścianą, gdzie, na niewysokim  podeście, dostawia się krzesła dla gości. Kiedy kolej ta nadeszła i zostałem zapowiedziany, Przewodniczący, zatem Profesor Samsonowicz, przemierzył całą salę, podszedł do mnie i wprowadził mnie osobiście na mównicę. Musiałem mieć dobrze opracowany ten wniosek, ale zupełnie nie pamiętam co w nim napisałem i jak go przeczytałem. Do końca życia natomiast nie zapomnę tego emanującego przyjaznością wprowadzenia, które przesądziło o wyniku głosowania. Komitet Nauk o Kulturze PAN powstał w roku 2004, działa nadal i, mam nadzieję, będzie działał w dającej się przewidywać przyszłości.             


Wiele wątpliwości i jeden pewnik



Esej Jacka Dukaja, Wolność myśli albo demokracja (Magazyn Gazety Wyborczej, 5 czerwca 2021) wydaje się wypowiedzią globalną, co samo w sobie zasługuje na uznanie, bo wykracza poza rodzimy partykularz. Jego tytuł, a także punktowane dobitnie tezy, wskazują również na pryncypialne intencje autora – chce on nam uświadomić podstawowe kontradykcje cyfrowego świata komunikacji ludzkiej i ułatwić tym samym właściwe w nim wybory. To, co przeważnie pisze się u nas o technikach komunikacji cyfrowej, pozostaje na poziomie rozwiniętej instrukcji obsługi, więc refleksje Dukaja tym bardziej się wyróżniają.

Niestety refleksje te, w znacznej mierze opierają się na założeniach wątpliwych, jeśli nie błędnych i dlatego nie rozjaśniają nam świadomości, przeto nie ułatwiają orientacji w świecie. Zresztą i autor, mimo punktowania swych tez, nie ułatwia nam lektury, popadając nawykowo we współczesny makaronizm anglicyzujący. Szkoda to dla pisarza, o co mniejsza, ponieważ teza główna jest taka oto:

Przestrzeń cyfrowa nie odzwierciedla przestrzeni fizycznej. Nie ma koniecznego związku między położeniem w przestrzeni fizycznej i doświadczeniami czerpanymi z mediów cyfrowych.

To wydaje się prawdą, chociaż nie wiemy, co autor rozumie, przez przestrzeń fizyczną oraz co znaczy odzwierciedlenie? – bo tego nie precyzuje. (NB. Tak zwana “leninowska teoria odzwierciedlenia” była natrętnym idiotyzmem, ale Dukaj, szczęśliwie, może tego już nie wiedzieć…). Zdając się na rozumienie potoczne powiem, że podobnie odnosi się to do pisma i druku, chociaż nie do mowy, czyli komunikacji ustnej. W tej ostatniej, ontogenetycznie i filogenetycznie pierwotnej, przestrzeń komunikacyjna była tożsama z “fizyczną” (uczestnicy czy też sprawcy aktu byli i są czynni w nim bezpośrednio). Zarówno pismo, jak i druk tożsamość tę zapośredniczyły, przez coraz więcej ogniw mediacyjnych, a dzięki temu możemy czytać dialogi Platona poza sympozjonami i badać przekłady Biblii na wszystkie języki, poza wszelkimi nabożeństwami. Komunikacja cyfrowa spotężnia te przeniesienia i zapośredniczenia komunikacyjne, a ma się do pisma i druku analogicznie, jak  podróże kosmiczne do przejażdżki rydwanem czy wycieczki parowcem. Pozostaje ona jednak kolejnym ogniwem medialnym.

W etosie oświeceniowym rządzących elit coraz naturalniejsza staje się wojskowo-biznesowa efektywność - jest to zdanie zdumiewające, które, na dodatek, redakcja wyróżniła wielką czcionką w ramce.

Czy istnieje jeden etos oświeceniowy i jaka jest jego aksjologiczna konfiguracja, to znaczy skład zasad? Jest raczej francuski czy angielski, amerykański czy niemiecki, duński czy polski?  Jacy myśliciele i jacy praktycy go tworzyli i jak się go daje współcześnie i zwięźle wyrazić? I jeszcze przypisać elitom rządzącym? Ani słowa o tym, w całej wielosłownej wypowiedzi! Jakby autor chciał nam wmówić mimochodem to oczywiste uproszczenie historyczne, które nie jest prawdą. Jest mu ono bowiem potrzebne do konstruowania dramatycznej tytułowej alternatywy, z której na końcu czyni dysjunkcję: albo-albo!

Czy istnieją jednorodne w całym tym świecie rządzące elity? W południowej i północnej Korei? W Chinach i Irlandii? W Polsce i w Australii? Czy rządzące elity to są elity rządowe, których władztwo jest coraz słabsze, przynajmniej w skali globalnej, czy też elity finansowe, których władztwo jest ponadpaństwowe i ponadustrojowe?

Podobnymi pytaniami mógłbym zapisać niemal tyle przestrzeni fizycznej, ile autor tego eseju, więc już przestanę. Na koniec tylko powiem, że komunikacja cyfrowa może wzbogacić wolność myśli oraz upowszechnić demokrację, ale to nie zależy od niej samej, tylko od tych, którzy będą się nią posługiwali. Na pomoc przywołam niesłusznie zapomnianą, a niegdyś słynną, 3 tezę o Feuerbachu, Karola, oczywiście, Marksa: Nauka materialistyczna, głosząca, że ludzie są wytworami warunków i wychowania, że więc ludzie, którzy się zmienili, są wytworami innych warunków i zmienionego wychowania, zapomina, że warunki są zmieniane właśnie przez ludzi i że sam wychowawca musi zostać wychowany. 

Otóż to – do cyfrowego świata, a nawet wszechświata, sami wychowawcy muszą zostać najpierw wychowani!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Spóźniona podzięka



Marcin Giełzak, Antykomuniści lewicy. Lidia i Adam Ciołkoszowie jako historycy socjalizmu polskiego. Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2014.

O niepodległość i socjalizm. Studia i szkice z dziejów Polskiej Partii Socjalistycznej. Pod redakcją Kamila Piskały i Macieja Żuczkowskiego. Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2020. Współautorzy m.in.: Michał Śliwa, Włodzimierz Suleja, Rafał Chwedoruk, Andrzej Friszke, Marcin Giełzak, Łukasz Garbal).

Panu Marcinowi Giełzakowi, który najpierw napisał do mnie ujmujący list, a potem obdarzył tymi książkami, szczerze dziękuję. Spóźniam się teraz z wieloma powinnościami, ale niedługo będę już mógł się poprawić. 


Niemoc



W całym tym zamęcie wokół Polskiego Ładu, którym nie będę się przecież bliżej zajmował, choć powinienem sprawdzić, co tam jest o nauce i edukacji, najbardziej zdumiewające jest to, że niczego podobnego (co do zakresu)  nie przygotowała żadna siła opozycyjna. Jak się jest w opozycji, to, w pewnym sensie, jest się w rezerwie ( bo się nie zarządza), więc ma się więcej czasu na rozważania bardziej dalekosiężne, niż doraźne rozgrywki. Czasu  było dosyć, bo ten PiS już rządzi jakieś sześć lat, a Lepszego Ładu nie przygotowano. Co to znaczy? Że nie było sił, czyli mocy intelektualnej, ideowej, programowej… Wizji politycznej, jak mawiał Jerzy Giedroyc. Obawiam się, że nie ma jej nadal, a z nieba nie spadnie.


Dyskusja o nowoczesności



Doceniam powagę książki Tomasza Kizwaltera i powinna ona stać się ośrodkiem publicznej dyskusji o modelach naszych dążeń modernizacyjnych, ponadto podręcznikiem akademickim oraz podstawa dla licealnych programów szkolnych. (…)

Jeśli “nowoczesność” ma odzyskać właściwą humanistyczną treść, trzeba zerwać z tą prostacką karykaturą Oświecenia, przywrócić mu całe bogactwo wewnętrznych napięć i kontrowersji ideowych, form artystycznych i odkryć naukowych, programów politycznych i treści społecznych”.

Andrzej Mencwel, Oświecanie nowoczesności, “Przegląd Polityczny” , nr 165, 2021, s. 90-98. Odpowiedź Tomasza Kizwaltera na moją dyskusję pt. Nienowoczesna nowoczesność, tamże, s. 98-101.


Istotne uzupełnienie



Zapomniałem dopisać, że podczas tego wystąpienia w Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego przedstawiłem księgę Juliusza Domańskiego, Wykłady o humanizmie (Biblioteka Kwartalnika Kronos, 2020), jako najwybitniejsze nasze dzieło humanistyczne ostatnich lat. Powstało ono poza całym tym systemem kwantyfikowania osiągnięć naukowych i pośrednio potwierdza jego jałowość.


Degradacja humanistyki



Zapisuję, dla pamięci, a może i pożytku publicznego, główne tezy mojej wypowiedzi na wczorajszym (13 maja) posiedzeniu Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, poświęconym humanistyce. Dziękuję profesor Grażynie Borkowskiej za to zaszczytne zaproszenie, a profesorowi Zbigniewowi Marciniakowi, przewodniczącemu Rady, za przyjazną uważność.

Znajdujemy się w procesie nieustannej degradacji humanistyki, a przyczyny są następujące:

1. Zanik w środowiskach naukowych oraz politycznych wiedzy o swoistości nauk humanistycznych i ich poznawczej odrębności. Najprościej mówiąc nauki humanistyczne tym się różnią od matematyczno-przyrodniczych, że podmiot badający jest zawsze częściowo tożsamy z przedmiotem badania, podczas gdy w naukach “twardych” jest bytowo odrębny. Obrazowo mówiąc – jeśli ja badam strukturę kryształu, to w żadnym dopuszczalnym sensie tego słowa nie jestem kryształem; jeśli natomiast badam kulturę starożytnych Sumerów, to badam własną przeszłość, a więc, poprzez wiele ogniw mediacji, samego siebie. Wiedza humanistyczna przeto jest zawsze pewną postacią samowiedzy i jako taka jest wiedzą o wartościach. Wartości z istoty swojej są jakościami, a nie ilościami, przeto nie poddają się kwantyfikacji. Panujący obecnie w ocenach naukowych totalny system kwantyfikacyjny jest pierwszą przyczyną degradacji nauk humanistycznych.

2. Buchalteryjne kwantyfikacje ujmują, czy ilustrują racjonalność wydatków budżetowych, do których trzeba przekonywać parlamentarzystów i wyborców. Nie są one natomiast tożsame z wartością osiągnięć naukowych, szczególnie humanistycznych. Politycznie przemycone, medialnie rozpowszechnione, populistycznie przyjęte, podstawienie to jest źródłem dwóch głównych chorób nauki współczesnej, wymownie nazwanych grantozą i punktozą. Jakość wiedzy i racjonalność budżetu to są dwa różne byty i jeśli rubryki  drugiego pochłaniają kategorie pierwszego, degradacja nauki jest nieuchronna.

3. Jakie są objawy tej degradacji? Jest ich wiele, wskazuję tylko najbardziej dotkliwe: pierwszym z nich jest rozproszenie czy też zanik wielkich szkół humanistycznych, mających niepodważalne osiągnięcia krajowe i prestiż międzynarodowy. Wspomniałem tylko szkoły warszawskie: historii, strukturalistyczną literaturoznawczą i historii idei, ale można dodać krakowskie czy poznańskie. Dziś nie mamy ich odpowiedników i to nie dlatego, że młodsze pokolenia uczonych są “gorsze”, lecz przez to, że zostały wepchnięte w kleszcze  systemu,  sprowadzającego ich do funkcji wykonawców zamówień (na miarę osiąganych punktów). Drugim jest dotkliwe osłabienie społecznej tkanki humanistycznej, wyrażające się zarówno anemią studenckich kół naukowych (przez całe moje czynne życie naukowe były one krynicznie ożywcze), systemowym paraliżem aktywności społecznej doktorantów (zakleszczonych w punktozie), zamieraniem towarzystw  naukowych, czego wymownym przykładem jest to, że musieliśmy zamknąć działalność zasłużonego Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk, bo nie było już sił do kontynuacji. Jak ważna dla owocności nauki  jest żywa tkanka społeczna niech nam powie przykład matematyczny: Kawiarnia Szkocka w międzywojennym Lwowie z jej legendarną Księgą Szkocką. Bezinteresowna inicjatywa poznawcza jest warunkiem niezbędnym prawdziwej twórczości, zrobiono już prawie wszystko, żeby ją unicestwić.

4. Co do koniecznych ocen jakościowych – prochu nie trzeba wymyślać, bo wymyślono go i wdrożono w uniwersytetach dziewiętnastowiecznych. Należy, w miarę potrzeby, go doskonalić. Tym prochem są procedury ocen  środowiskowych – doktorskie, habilitacyjne, profesorskie i wszystkie inne, aż do światowych, chociaż nie punktowych. One nie są niezawodne, ponieważ nic, co ludzkie nie jest niezawodne, ale lepszych nie ma i nie będzie. Mniemanie takie, że da się je zastąpić kwantyfikacjami finansowymi, jest wyrazem tępego ekonomizmu; deklaratywnie  przeciwne mu podporządkowanie nauki władzy politycznej, czyli jej polityzacja, oznacza ograniczenie autonomii nauki, jeśli nie jej likwidację. We wszystkich nowoczesnych przypadkach ograniczenia autonomii nauki, kończyło się to degradacją humanistyki, jeśli nie jej aksjologiczną likwidacją.

PS. To jest oczywiście lepiej zapisane niż zostało wypowiedziane, ale co do sensu zasadniczego – bez zmian.

 

 


Nowa staroć



Cancel culture – nowy termin, jeszcze nie ma polskiego odpowiednika (kultura wykluczenia? eliminacji?)

Co oznacza? – jeśli się potknąłeś w nowej wierze, albo, co gorsza, ją naruszyłeś, to cię wykluczą, anulują, skasują.

Dawniej to się nazywało inkwizycja, a przymiotnik “inkwizytorski”, ma do dziś pejoratywne znaczenie. 


Niezawodna



Ania w szpitalu, a choć wszystko dobrze przebiega, to niepokój i osamotnienie podwójnie doświadczane.

Gdyż nie ma już Dżosi.

Stąd uświadomienie: kochany pies jest nie tylko wiernym towarzyszem, lecz także  istotą niezawodnie współczującą.


Next Page »