Roszkowski prochu nie wymyśla

W horrendalnym, często teraz cytowanym fragmencie podręcznika szkolnego, autorstwa Wojciecha Roszkowskiego, pojawia się, potępiany przez autora, “inkluzywny model rodziny”. Inkluzywny znaczy tutaj – włączający wszelkie związki partnerskie i uznający je za formę rodziny. Autor w domyśle przeciwstawia mu ekskluzywny wzór rodziny, polegający na usankcjonowanym (religijnie i państwowo) związku mężczyzny i kobiety (kobiety i mężczyzny?), w celach prokreacji, czyli płodzenia potomstwa. Ekskluzywny model rodziny jest oczywiście wyłączający – wyłącza on wszelkie typy związków partnerskich oraz te prawomocne małżeństwa, których stosunki płciowe nie są prokreacyjne.

Jest oczywiste, że pełna realizacja takiego ekskluzywnego modelu może zostać dokonana tylko pod dozorem państwowym wspartym nadzorem religijnym. Najlepiej w specjalnych ośrodkach “produkcji” lub “hodowli” dzieci. W minionym wieku już to przerabialiśmy i wzory są dobrze znane: “Lebensborn”.

Ostatnio papież za podobne praktyki przepraszał pierwotnych mieszkańców Kanady. Dzieci odrywano tam od rodzin, uznanych za niewłaściwe, zaś ekskluzywizm państwowo-religijny był analogiczny.

 

 

 

 

A jednak…

A jednak… papież nie przeprosił w imieniu Kościoła, jako instytucji odpowiedzialnej za system panujący w tych tzw. szkołach rezydencjalnych. Zaś Kościół nie udostępnił dokumentacji popełnionych tam przestępstw i zbrodni. O odszkodowaniach – żadnej wzmianki.

Problem

Papież Franciszek, w poniedziałek 25 lipca, na cmentarzu tzw. rdzennych czy też tubylczych (nie ma dobrego słowa na ich określenie) dzieci, ofiar przymusowej “asymilacji”, w kanadyjskiej prowincji Edmonton, powiedział: Pokornie błagam o przebaczenie za zło popełnione przez tak wielu chrześcijan wobec tubylczych ludów.

Nie jestem entuzjastą tego papieża, jak nie byłem też wielbicielem Jana Pawła II, choć ceniłem jego osobowość. Nie jestem w ogóle zwolennikiem papiestwaponieważ wolę kościół jako zbór, a nie jako monarchię, ale ten stary człowiek, poruszający się na wózku, który dokonuje takiej podróży, aby prosić o przebaczenie, naprawdę mnie wzrusza.

Przeczytałem o tym po raz pierwszy w jakimś portalu, a pod wiadomością – przerażający właściwie zestaw obelżywych komentarzy, “podpisanych” tzw. nickami. Przypomniałem sobie, co ujrzałem w wydziałowym klozecie, gdy pierwszy raz do niego wszedłem, jako początkujący student UW. Uniwersytet wtedy był dla mnie sanktuarium, którego progi udało mi się cudem przekroczyć, a na ścianach tego klozetu wypisane były wszystkie obrzydliwości, jakie mogły się uląc w szambiastych głowach. Byłem tak wstrząśnięty, że pamiętam to do dzisiaj. I kiedy wchodzę do czyściutkich obecnie toalet, zawsze jestem nieco zdumiony.

A co teraz? Teraz, jak widać, szambo to rozlało się na cały świat, a rubryki internetowe pełnią rolę  klozetu. Czy jest na to jakiś sposób? Oczywiście, że jest – trzeba tych “komentatorów” zobowiązać, żeby podpisywali się imieniem i nazwiskiem. Ponieważ publicznie występuje się osobiście i z otwartą przyłbicą, jak dawniej mawiano. A dzieci uczyć tych zasad  zanim dostaną smartfony.

Ale nie ma chętnych do takiej nauki – w żadnej rodzinie, państwie ani kościele. I to jest prawdziwy problem.

Notatki do rozmowy

Notatki do rozmowy z Tomaszem Stawiszyńskim (TOK FM, “Godzina filozofów”, 23 lipca, godz. 11-12).

Nie mamy równoczesnej polaryzacji politycznej i społecznej – polityczna dwubiegunowość niewątpliwie narasta, społecznie natomiast jesteśmy coraz bardziej zróżnicowani (dochodowo, zawodowo, lokalowo, genderowo, wyznaniowo, kulturowo itp.). Polaryzacja polityczna wiąże się z uniformizacją, nawet totalizacją, co widać coraz wyraźniej na jednym z politycznych biegunów, podczas gdy różnicowanie pociąga za sobą pluralizację postaw, poglądów, stanowisk. Nowoczesne społeczeństwa są pluralistyczne z istoty swojej, podczas gdy tradycyjne stosunkowo jednorodne, nierzadko ideologizowane plemiennie: “Wszyscy Polacy to jedna rodzina”… Nonsens: “wszyscy Polacy” to dziś nieskończenie wiele rodzin, w tym także ich wzorów…

Współczesne społeczeństwo polskie jest wielorako pluralistyczne (także regionalnie, historycznie, etnicznie, genealogicznie itp.), tylko nie ma właściwej reprezentacji na scenie politycznej. Albo przynajmniej jedna część tej sceny wtłacza je w tradycjonalistyczny pancerz.

Jak jest kondycja polskiego społeczeństwa? Tajemnicza, nierozpoznana. Z jednej strony ono nie wydaje się sympatyczne, bo jest niewydarzone, a bywa obrzydliwe, jak przekształcająca się poczwara, z której nie wiadomo co wyleci, z drugiej wykonuje akty tak zaskakujące, jak to masowe, życzliwe przyjęcie uchodźców ukraińskich, którego właściwie nie rozumiemy? Co Polacy w swej głębokiej istocie chcą powiedzieć, powiedzieli, zakomunikowali swą niebywałą reakcją na ukraińskie nieszczęście? Przeczytaliśmy, usłyszeliśmy, zobaczyliśmy w niezliczonych przekazach wzruszające nierzadko formy tej reakcji, ale jaki jest właściwie sens tego “powstania narodu polskiego”, żeby zacytować Mochnackiego? To przecież jest swego rodzaju powstanie, więc trzeba je nie tylko popierać, ale i pojmować. Jego znaczenia dla przyszłości?

Antagonizm wewnętrzny jest głęboki, samo użycie tego słowa to potwierdza – to więcej niż sprzeczność, bo przeciwieństwo, może nieusuwalne. Jaki jest na nie sposób, jeśli w ogóle jest? Po pierwsze trzeba przyjąć, że jest normalnie, społeczeństwa są zróżnicowane, coraz bardziej się pluralizują (co mają wspólnego golfiści z menelami?, hipsterzy z parafianami?, kibole z pięknoduchami?) i trzeba uznać to za normę. Zawsze też będą u nas zakuci tradycjonaliści (może nawet tym będzie ich więcej, im szybsze zmiany) i oszołomieni moderniści (supremacja technologii ich mnoży), a pomiędzy nimi cała mozaika “juste milieu”, jak mawiali Francuzi, która może być matecznikiem stabilności społecznej. Problem właściwie polega na tym, żeby wszyscy uznali wzajemnie prawomocność swego istnienia i porzucili ideologię wykluczenia, która teraz ich zaślepia i zatruwa. Tak – będziemy mieli samych “odmieńców” wokół siebie, bo sami też jesteśmy odmieńcami.

PS. Takie przygotowałem sobie notatki w odpowiedzi na pytania redaktora, wcześniej przysłane, zaś audycja potoczyła się swoim tokiem, jak to zwykle bywa, gdy rozmówca inspiruje, a “temat jak rzeka, miejsce świat”!  Przyjęta żywo, sądząc po odgłosach, które sam otrzymałem.

 

 

 

 

Przebój w klasyce

Książeczka jest niewielka, a choć nowa, to na okładce szara, z czarno białym, matowym zdjęciem, na którym rozpoznajemy gospodarza, prowadzącego wóz  gospodarski, ciągniony przez dwie dorosłe krowy. Tylko najstarsi jeszcze pamiętają, że wraz z wybuchem tamtej wojny światowej, do wojska zabierano nie tylko mężczyzn, ale i konie, o regularnych formach ich poboru, będącego gospodarską stratą, opowiadają inne pamiętniki chłopskie z tamtego czasu. Poboru tego w mojej macierzystej wsi nie pamiętam, bo w 1939 roku jeszcze się nie urodziłem i mnie tam nie było, ale po 1945 już byłem i to dość długo, na przechowaniu u babci Agnieszki i pamiętam, jak jesienią oraliśmy, co prawda nie krowami, lecz wołami. Dwa sprzężone woły ciągnęły ciężki pług dwuskibowy, którym kierował za obie rękojeści wuj Kazimierz, a z przodu za powróz wiodący od obu wolich uzd prowadziłem cały zaprzęg ja, szczón, co prawda miastowy, ale dostały.

Książeczka, która te wspomnienia wywołuje nosi tytuł MY, Z SIEDLIKOWA ŚLĘKI, a napisała ją Marianna ze Ślęków Pilotowa, czyli mama Mariana Pilota. Początkowo myślałem, że napisała ją z poduszczenia syna, pisarza, którego utwory lubiła podczytywać, ale nie – napisała ją sama z siebie i to w ukryciu, a syn otrzymał ją w spadku i teraz godnie i pięknie spadek ten zrealizował. Opracowanie graficzne i skład tego ujmującego druku wykonał Stanisław Kulawiak, a wydała go Oficyna Kulawiak, Warszawa-Ostrzeszów 2022.

Jak jest napisana, najlepiej zacytować i to ten fragment, który wybrano na tylną okładkę:

Ojciec nasz, Walenty Ślęk, będąc kawalerem poszedł do wojska jako ochotnik i wysłali go do Chin.  Długo mieliśmy jego portret oprawiony w ramki jako chiński żołnierz. Ojciec znał język polski i niemiecki i chiński.

Po powrocie z wojny uczył robić krowy. Kupił wóz pług brony krymę radło. Mieliśmy zawsze dwie krowy. Jak zaczęłam paść w wieku 9-10 lat to mieliśmy czerwoną i bestrą, czerwona zaprzęgnięta z lewej strony dyszla, bestra z prawej. Z lewej strony była uwiązana do dyszla za szyję przodownica, która miała na rogach długi powróz albo łańcuch, którego koniec trzymał w jednej ręce ojciec, idący obok wozu z batem w jednej ręce. Tak długo póki krowy nie nauczyły się chodzić przy dyszlu, ciągnęły próżny wóz, a później ojciec po trochu kładł na pole trochę gnoju, z powrotem z pola co tam mama nakopała, ze dwa koszyki kartofli, kupę liści buraczanych dla świń. I tak pomału krowy nauczyły się chodzić w wozie i orać. Jak już umiały chodzić w pługu a ojciec orał zawsze około 2 godzin a potem puszczał je w dobra trawę albo w seradelę, to chętniej chodziły.

Ja całe dzieciństwo i młodość spędziłam z tymi krowami i też lubiłam orać i furmanić.

 Ja też lubiłem orać i furmanić, choć tylko wakacyjnie, ale myślę, że nie jedynie dlatego te Wspomnienia rodzinne mnie wzruszają. A żal mi, że tak są zwięzłe, dużo za krótkie.

Wchodzą przebojem do klasyki polskiego pamiętnikarstwa chłopskiego, a nie jest to klasyka uboga, choć ciągle niedoczytana.

PS. Bestra to pstra, łaciata, zob. Marian Pilot, Słownik dawnej gwary siedlikowskiej. Oficyna Wydawnicza Kulawiak, Ostrzeszów bd. Str. 12.

   

 

Zaproszenie

Zapraszam na Instagram (amen.cwel), cykl grafik pt. Hibakusha, autorstwa Marii Mencwel, naszej wnuczki.

Oraz autorski komentarz do tego cyklu: IMG_3519(3)

Czoło hałastry

Jak tak można? Z mównicy, jak z ambony, milionowo zwielokrotniony przez telewizje, drwić publicznie z najsłabszych, bezbronnych, dotkniętych w najgłębszej swej istocie? I nazajutrz znowu? Gdzie było lustro przy porannym goleniu? Wygląda na to, że została nam już tylko sprawiedliwość zwierciadła, skoro żaden kościół nie stanął w obronie upokorzonych.

Wywołuje rechot hałastry i to nie raz i nie przypadkiem. Chce mieć ją za sobą, staje na jej czele.

Z podziwem

Książka Rocha Sulimy, “Powidoki codzienności. Obyczajowość Polaków na progu XXI wieku”(Iskry, Warszawa 2022), leży mi pod ręką już jakiś czas, a ja czuję się stropiony jej wagą i powagą i nieśmiało zaglądam do poszczególnych rozdziałów, powoli ogarniając całość. Autorowi, Przyjacielowi, od czasu wspólnych lat studiów i mieszkania w akademiku, których nie sposób prawie policzyć, już podziękowałem telefonicznie, ale to przecież akt elementarny wobec tego daru i daleki od nieosiągalnej wobec niego ekwiwalencji.

 Podziwiam Rocha za wierność swoim podstawowym tematom i nieprzerwaną konsekwencje w ich rozwijaniu, cieszę się, że nadaje im tak zobowiązujący wyraz, który nas przetrwa. Wiesławowi Uchańskiemu, jego wydawcy, złożyłem już wyrazy uznania, bo rzadko się teraz zdarza, żeby wydawca dzieła naukowego nadawał mu adekwatną formę edytorską. A dyskusja się jeszcze odbędzie i to zapewne niejedna! Pierwsza w siedzibie autora, czyli w Małomierzycach, gdzie mieści się Centrum Rozwiązywania Kluczowych Problemów Humanistyki, i już się na nią zapisuję!  A do gościnnego, wyśmienitego stołu Joli, sam się wpraszam!

Gogoliada

Tego ministra z Pacanowa, który telefonicznie zażądał zwolnienia naczelniczki poczty, za to, że śmiała ona wyrazić się krytycznie o wzroście cen i trudnościach obecnego życia, podobno również zwolniono, choć jak ów przestępczy Mejza, posłem pozostał (każdy głos w sejmie jest teraz “złotą akcją”). Zresztą posła powinni odwoływać wyborcy, bo jest przez nich posłany i niech żyje praworządność!

Ale mnie zastanawia powszechne przemilczenie tego służalczego dyrektora, który “na telefon” kobietę zwolnił. Nawet nie prosił o decyzję na piśmie, tylko zaraz wykonał – do niego zadzwonił wiceminister (jeden ze stu przy-rządowych), a dyrektor, nie zważając na jego kompetencje i nie pytając o racje, migiem spełnia życzenie… Przecież to jest gogolowska sytuacja i nic tu nie działa ludzkiego, ani nawet pragmatycznego, tylko tabela rang! 

Do tego nas doprowadzili, wszyscy milczą, nikt na tę żałosną kreaturę nie zwrócił uwagi. Przyzwyczaili się.

Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! Uch, wy!!!     

Miłe wspomnienie

Z tych zaległości – zapisuję tylko wiadomość o żarskim spotkaniu. 5 czerwca, czworo nas, absolwentów tamtejszego liceum, Irena Marciniak (matura 1958), Tadeusz Hałuszczak i Andrzej Mencwel (1957), Michał Sachanbiński (1958), zjechaliśmy się w Żarach, na umawiane od dawna spotkanie. Choć niektórzy z nas nie widzieli się ponad sześćdziesiąt lat (Tadzio z Michałem, a mieszkali ze sobą w internacie szkolnym, podobnie Irena z Tadziem, choć byli sąsiadami), to spotkanie okazało się nadzwyczaj udane. Proszę zobaczyć rozmowę z nami w miejscowej telewizji (tv regionalna Żary, rozmowa 7 czerwca, “Spotkanie po sześćdziesięciu latach”), a przecież na niej się nie skończyło. Gościna u Ireny zasługuje na lepsze pióro niż moje. Stara przyjaźń naprawdę nie rdzewieje!

 

 

 

Next Page »