Autokomentarz naukowy

Książka Wyobraźnia antropologiczna. Próby i studia (Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006), projektuje pewną całość i stanowi zwieńczenie długiej drogi, choć pisana była w częściach. Całość ta nie jest zamknięta, musi być natomiast ciągle dopełniana. Jej pierwszy zarys przedstawiłem w książce Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej, (Warszawa 1976), w następnych (Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego, Warszawa 1990; Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku, Warszawa 1997), konsekwentnie, lecz niespiesznie go rozwijałem. Poszerzeniem terenu poszukiwań naukowych i dydaktycznych, a zarazem udaną, co poświadczają liczne wznowienia, popularyzacją perspektywy antropologicznego ujęcia problematyki kultury, była i jest redagowana przeze mnie, a realizowana w gronie współpracowników z Instytutu Kultury Polskiej (Wydział Polonistyki, Uniwersytet Warszawski) seria podręczników akademickich Wiedza o kulturze, zaprojektowana w roku 1985, a wydawana od roku 1988 (zob. www.wuw.pl/serie). Tytułowy w tej książce tekst (Wyobraźnia antropologiczna) został napisany w roku 1994 i był publikowany również jako wstęp do czterech kolejnych wydań Antropologii kultury (Warszawa 1995, 1998, 2001, 2005).
Zarysowany w tych podręcznikach program naukowo-dydaktyczny był stopniowo wcielany w praktykę poprzez kolejne kroki organizacyjne: wprowadzenie antropologii kultury do programu studiów polonistycznych (1976), wprowadzenie Słowa w kulturze, Teatru w Kulturze, Audiowizualności w kulturze do programu tych studiów (w latach 1985/1986), powołanie specjalizacji Animacja kultury (1991/1992), przekształcenie Katedry Kultury Polskiej w Instytut Kultury Polskiej (1998), otwarcie kierunku studiów: Kulturoznawstwo-Wiedza o kulturze (1998/1999), uzyskanie dla niego akredytacji Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej (2004) oraz uprawnień do nadawania stopnia doktora w dziedzinie kulturoznawstwa (2006). W latach 1991-1998 byłem kierownikiem Katedry Kultury Polskiej, w latach 1998-2004 dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej, obecnie przewodniczę jego Radzie Naukowej. (Aktualne informacje: www.ikp.uw.edu.pl)

Książka Wyobraźnia antropologiczna powstawała prawie dwadzieścia lat, najstarsze z zawartych w niej studiów (Cywilizacja po polsku, s.183-282) pisałem latem 1989 roku, najnowsze (Formaty i paideia, s. 379-394) przed oddaniem tekstu wydawcy. Dlatego nie tylko konstrukcja tej książki była kilkakrotnie modyfikowana, ale i poszczególne cząstki pisałem i przedstawiałem wielokrotnie, na konferencjach i seminariach, każdą dobrą okazję wykorzystując dla ich krystalizacji. O tym, jak krystalizacja ta przebiegała, piszę w Informacji o tekstach (s. 433-436). Nie uwzględnia ona, co zrozumiałe, wszystkich prezentacji, zwłaszcza dyskusji w Instytucie Kultury Polskiej, stanowiącym moje macierzyste środowisko.
Całość tę określa projekt takiej historii kultury, jaka byłaby historyczna i antropologiczna zarazem. Historii takiej dotąd nie ma, ale jej zarysy, zarówno teoretyczne, jak i praktyczne, zostały już nakreślone – dlatego nie wymyślam tego projektu a priori lub in abstracto. Przeciwnie – zarówno w części teoretycznej (Strona teorii, s. 25-106), jak i praktycznej (Strona historii, s.107-242) opieram się na tym, co już osiągnięte: dookreślam zarysy, uwypuklam ich plastykę, dopowiadam sensy, szkicuję próby własne. W tej samej mierze interpretuję wybitne interpretacje, co intelektualne i artystyczne artefakty. W każdym jednak przypadku chcę uzyskać cząstkę niezbędną w całości. Całość tę winna realizować antropologiczna historia kultury polskiej, której elementy wydobywam z dzieł najwybitniejszych współczesnych badaczy oraz studiów własnych. I nad którą stale pracuję.
Projekt tej całości, jak już zaznaczyłem, ma zasadniczo dwa wymiary – teoretyczny i historyczny. Odpowiadają tym wymiarom dwie pierwsze części książki stanowiące jej zrąb główny. W części pierwszej, zatytułowanej Strona teorii, co wskazuje na jej autonomiczny, ale nie oderwany od praktyki badawczej, charakter, uzasadniam zarówno antropologiczne, jak i historyczne podstawy tego projektu. Uzasadnienia te rozwijam sukcesywnie w kolejnych rozprawach, wychodząc od określenia miejsca Wiedzy o kulturze w kulturze współczesnej (s. 27-40), precyzując wzajemne relacje Wiedzy o kulturze i wiedzy o literaturze (s.40-58) oraz Historii i antropologii (s. 59-75). Podwójne uzasadnienie tego projektu historii kultury odnajduję w Antropologii słowa i historii kultury (s.76-98), w którym to studium wzajemna tytułowa relacja zostaje osadzona w historycznej sekwencji systemów komunikacji: oralność, literalność, druk, multimedia. Uzasadnienie to wzmacniają towarzyszące tej książce publikacje – podręcznik, którego byłem współredaktorem (Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów, Warszawa 2003) oraz dwa tomy Almanachu antropologicznego, którego jestem redaktorem naukowym: Communicare 1. Temat: internet, Warszawa 2004; Communicare 2. Temat: Oralność / piśmienność, Warszawa 2007.
W części drugiej, Strona historii, rozważam różne przykłady takich ujęć historycznych, które antropologiczną historię kultury polskiej współtworzą lub się do niej zbliżają. Określenie „antropologiczna” nie jest tutaj frazesem, lecz zostaje sprecyzowane, najpierw w części teoretycznej (gdzie definiuję różnice między artystycznym i antropologicznym pojęciem kultury, a następnie w części historycznej, w kolejnych przybliżeniach. I tak: Inna stara baśń (s. 109-125) wskazuje jak antropologiczne pojęcie kultury obejmuje modele więzi międzyludzkiej oraz zagadnienia obyczajowo-prawne; Osoba i pismo (s. 125-137) rozważa związek takiej kategorii jak osoba z piśmiennym systemem komunikacji; Ani ogniem, ani mieczem (s. 138-153) pokazuje, jak w syntetycznym ujęciu historycznym (Jerzego Kłoczowskiego, Młodsza Europa, Warszawa 1998) ujmowane są zagadnienia czasu i przestrzeni, organizacji terytorialnej, religijności i edukacji, modeli władzy i polityki. Kontynuację tych rozważań w odniesieniu do czasów nowoczesnych czytelnik odnajdzie w eseju spisanym na marginesie książki Jedlickiego (Cywilizacja po polsku, s. 183-212). Kulminacją tej części są dwa studia oryginalne, analityczne (Arcydzieło pęknięte. Antropologia „Ogniem i mieczem”, s.154-182), oraz syntetyczne („Pomost” i „przedmurze”. Dylemat polskiej tożsamości historycznej, s. 213-236). W tym pierwszym podejmuję interpretację słynnego dzieła Henryka Sienkiewicza, operując kategoriami antropologii słowa (oralność i piśmienność) oraz odpowiadającymi im kategoryzacjami czasoprzestrzeni, więzi międzyludzkiej i typów osobowości kulturowej. W tym drugim badam modele polskiej tożsamości historycznej odnosząc się zarówno do współczesnej o nich dyskusji, jak i do tradycji artystycznej i intelektualnej, która modele te konstytuowała. Część tę zamyka Łącznik: Lekcja „Kultury”, w którym zwięźle wskazuję istotny sens dzieła Jerzego Giedroycia, jego sposób rozumienia Polski i jej historycznych zadań, ponieważ jestem jego dłużnikiem.
Dwie następne części – III. Nasz wiek dwudziesty i IV. Wobec „rewolucji komunikacyjnej”, zwracają się ku współczesności, ale nie odrywają jej ani od historii, ani od antropologii. Wiek XX został tu oddzielony od części historycznej tylko dlatego, że większą na nim skupiam uwagę, a nie dlatego, że od przeszłości go odcinam. Przeciwnie – sądzę, że może on być rozumiany tylko w związku z przeszłością i główne warunki tego rozumienia wskazuję. Korzystam w tej części, esencjonalnie i syntetycznie, zarówno z książki poprzedniej (Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich XX wieku, Warszawa 1997), jak i dorobku badawczego uzyskanego w czasie realizacji Subsydium Profesorskiego (Program „Mistrz”) Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, przeznaczonego na realizację tematu: Polski wiek XX. Elementy antropologii współczesności (w latach 1997-1999). Kontynuację stanowi książka eseistyczno-publicystyczna, zatytułowana Dialogi o polskiej Formie, przyjęta do druku w wydawnictwie „TAiWPN Universitas” w Krakowie (Zob. Zapowiedzi).
Problematykę współczesnej „rewolucji komunikacyjnej” zostaje zarysowana tutaj wstępnie. Jestem jednak przekonany i daje temu zdecydowany wyraz w zamieszczonych tu studiach i esejach, że musi być ona również ujmowana w perspektywie historycznej, zwłaszcza w odniesieniu do wcześniejszych „rewolucji komunikacyjnych” – piśmienności i druku. Uchwycenie Przesłanek antropologii internetu (podtytuł studium Poza adoracją i negacją, s. 349-379) nie będzie możliwe, jeśli pominiemy te elementy antropologii mowy, pisma i druku, jakich używam w studiach wcześniejszych (na przykład Inna stara baśń, Osoba i pismo, Arcydzieło pęknięte). Wskazywane już powyżej dwa tomy Almanachu antropologicznego Communicare (1. Temat: internet; 2. Temat: oralność/piśmienność) ujęcie to umacniają. W ostatnich latach zostało ono poszerzone przez serię wydawniczą Communicare. Historia i kultura, której byłem inicjatorem i jestem redaktorem naukowym (zob. Rzeczy wspólne). Zwracam uwagę, że ukazują się w niej zarówno dzieła klasyków antropologii i historii kultury (Aleksander Gieysztor, Jack Goody, Jacques le Goff, Anna Wierzbicka), jak i prace moich współpracowników (Marcin Niemojewski, Agnieszka Karpowicz, Grzegorz Godlewski) z Instytutu Kultury Polskiej). Zob. www.wuw.pl/serie
Postawienie i rozwinięcie problematyki antropologii i historii, antropologicznej historii kultury, antropologii słowa i systemów komunikacyjnych nie byłoby możliwe bez pojawienia się i wzmocnienia tej wyobraźni humanistycznej, jaką nazywam wyobraźnią antropologiczną. Wyobraźnia ta, z kolei, nie wyraża się w sentymentalnych inkantacjach ani publicystycznych deklaracjach – jej domeną jest teoria i praktyka humanistyczna. „Filozoficzne upodstawowanie” (zwrot Stanisława Brzozowskiego) teorii tej i praktyce daje kulturalizm polski. Jego narodzinom i wstępnej problematyzacji poświęciłem, wymienioną już, książkę Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego (1990). Problematyzację tę rozwijam w Posłowiu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego kulturalizm. Wyobraźnię antropologiczną traktuję bowiem rygorystycznie pojęciowo, a nie fantazyjnie poetycko. Przedsłowie i Posłowie stanowią aksjologiczną ramę wszystkich zawartych w książce wywodów.
Problematykę myśli kulturoznawczej, kulturologii i kulturalizmu rozwijałem w ostatnich latach kierując zespołem realizującym grant zamawiany KBN Polska myśl kulturoznawcza XX wieku. Efektem tej pracy jest przygotowanie podstawowej publikacji zatytułowanej Kulturologia polska XX wieku, zawierającej portrety intelektualne najwybitniejszych uczonych i pisarzy w tej dziedzinie, wraz z wyborem pism oraz informacjami bio-bibliograficznymi . Odpowiednia internetowa publikacja tego opracowania jest już realizowana ( zob. strona Instytutu Kultury Polskiej lub http://www.kulturologia.uw.edu.pl). Publikacja książkowa w przygotowaniu (Seria: Wiedza o Kulturze, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego). Wstęp do tej publikacji pt. Kulturologia polska XX wieku na wskazanej powyżej internetowej.

Zob. też:

  • Andrzej Mencwel, Wyobraźnia antropologiczna (Google)
  • Program konferencji: Wyobraźnia antropologiczna – perspektywy badawcze. Instytut Kultury Polskiej. Uniwersytet Warszawski, 25 stycznia 2008 r. (Różności)
  • Andrzej Mencwel, Instytut Kultury Polskiej, „Nauka Polska. Jej potrzeby, organizacja i rozwój, t. XIV (XXIX), Warszawa 2005, s. 25-40.

Odniesienia

Życiorys własny

Urodziłem się 11 września 1940 roku w Tarnobrzegu, z ojca Antoniego Mencwela i matki Stanisławy, z domu Walkowiak. Ojciec mój był rzemieślnikiem (krawcem) i działaczem społecznym (przed wojną prezesem Koła Powstańców Wielkopolskich w Rawiczu), matka gospodynią domową, pochodzenia chłopskiego, z rozrośniętego w Wielkopolsce rodu. Temu pokrewieństwu zawdzięczam żywe dotąd związki ze wsią i kulturą chłopską. W grudniu 1939 roku rodzice moi zostali przez Niemców wysiedleni z Wielkopolski do tzw. Generalnej Guberni, gdzie się urodziłem i spędziłem lata wojennego dzieciństwa. Mama zmarła przy moim urodzeniu i to wpłynęło zasadniczo na całe moje dalsze życie. Opiekowały się mną początkowo dwie starsze siostry, Gertruda (1923-1991,  nauczycielka) i Letosława (ur. 1924, również nauczycielka, wieloletnia dyrektorka szkoły i działaczka społeczna w Żarach, obecnie Honorowy Obywatel Miasta).
Ojciec ożenił się powtórnie i nie był to szczęśliwy związek, ale zaraz po wojnie wyjechaliśmy razem na Ziemie Zachodnie, do Jeleniej Góry, gdzie pierwsze lata były okresem wzlotu: okazały warsztat, sklep i mieszkanie oraz społeczne funkcje ojca (w szczytowej fazie był prezesem Okręgowego Związku Cechów) wydawały się to potwierdzać. Wszystko jednak dość szybko się załamało – w 1948 roku małżeństwo się rozpadło, warsztat pracy zniszczono domiarami, a trochę później ojca aresztowano i skazano pod fikcyjnymi zarzutami. Szczęśliwie opiekę nade mną objęła siostra Letosława, u niej w Żarach znalazłem dom i pomyślnie ukończyłem szkoły, najpierw podstawową, potem liceum. Uczniem byłem  dobrym, w każdym razie dużo czytałem, lubiłem też ćwiczenia matematyczne, jako formę treningu umysłowego, ale w zachowaniach miałem liczne konflikty, skutkujące naganami i zawieszeniami. W konfliktach tych zapewne protest wobec autorytaryzmu ówczesnej szkoły splatał się z urazami rodzinnymi, jednak się nimi nie chlubię. W połowie lat pięćdziesiątych ojciec ułożył sobie ponownie życie, ale ja już do niego nie wróciłem i nasze dalsze kontakty były epizodyczne (zmarł 1984, w Jeleniej Górze i tam go pochowaliśmy).
W roku 1957 zdałem maturę (Liceum Ogólnokształcące w Żarach)  i zdecydowałem się iść na studia do Warszawy. Miało to być pierwotnie dziennikarstwo, ponieważ jednak zamknięto je w tamtym roku, więc poszedłem na polonistykę. Kiedy zdawałem egzamin wstępny nie miałem jeszcze ukończonych lat siedemnastu i to, zdaje się, wzbudziło szczególną życzliwość komisji. Nie wiem właściwie, dlaczego zdecydowałem się jechać do Warszawy, a nie do Poznania (który był w naszym rodzinnym zasięgu) lub do Wrocławia (gdzie studiowała większość moich kolegów szkolnych). Motyw negatywny jest stosunkowo jasny – chciałem być daleko od ojcowskich widnokręgów; motyw pozytywny – jakiś skok do centrum – byłby wyraźny, gdyby chodziło o dziennikarstwo, a nie o polonistykę. I tak byłem zresztą pierwszym regularnym studentem w najszerzej pojętej rodzinie, zarówno ze strony ojca, jak i matki (siostra moja studiowała zaocznie). W dziennikarstwie zaczepiłem się dość szybko i już od końca 1958 roku zacząłem dorabiać piórem. Spowodował to po części kolejny konflikt – na pierwszym roku wyrzucono mnie dwukrotnie ze studium wojskowego i tylko młody wiek uchronił mnie przed poborem. Incydenty, jakie to spowodowały były kontynuacją ekscesów szkolnych, a represje zapewne uzasadnione. Muszę zaznaczyć, że Uniwersytet Warszawski tamtych lat popaździernikowych wydaje mi się jakąś oazą życzliwości, a wszystkie jego władze ostoją spolegliwości. Nawet ówczesny szef studium wojskowego odnosił się do mnie wyrozumiale. Powtarzałem pierwszy rok wojska, a mając dobre stopnie przedmiotowe mogłem wybierać sobie zajęcia uniwersyteckie i wtedy zacząłem chodzić na filozofię. Utraciłem jednak stypendium, rodzina nie mogła mnie utrzymać, więc musiałem pracować. Imałem się różnych zajęć, jak wszyscy inni w takiej sytuacji – korepetycji, remontów, pilnowania parkingów (było wtedy parę w całej Warszawie), zakładania odgromników itp. Jesienią 1958 roku, wprowadzony przez starszego kolegę z akademika, przystałem – to jest właściwe słowo – do redakcji tygodnika studenckiego „Od nowa”. Spełniałem tam najpierw różne funkcje pomocnicze (praca przy jednej z pierwszych ulicznych akcji reklamowych), a wkrótce zacząłem dość regularnie publikować (notki, reportaże, recenzje). Redakcja mieściła się na Ordynackiej, w siedzibie Zrzeszenia Studentów Polskich, spędziłem w niej kilka dobrych lat, poznając pisarzy i artystów (Stefan Bratkowski, Marian Grześczak, Zbigniew Makowski, Edward Żebrowski) i wspominam ją chętnie, także przekształconą w „itd”  (którego byłem współzałożycielem). Ale nie jestem członkiem „Stowarzyszenia Ordynacka”.
Pisania moje się poszerzały i zanim jeszcze skończyłem studia już publikowałem we „Współczesności” (z którą byłem bliżej związany) i „Nowej Kulturze”, a potem także w „Twórczości” i „Dialogu”. Odchodziłem stopniowo od reportażu i skupiałem się na krytyce literackiej i publicystyce kulturalnej. Studiowałem też coraz bardziej poważnie, na polonistyce pod kierunkiem Stefana Żółkiewskiego, na filozofii spędziłem kilka intensywnych lat seminaryjnych (Bronisław Baczko, Leszek Kołakowski, Krzysztof Pomian). Magisterium zrobiłem na polonistyce (o „Ferdydurke” Gombrowicza), a kiedy prof. Żółkiewski zaproponował mi asystenturę stanąłem wobec poważnego wyboru: dziennikarstwo, z którego nadal się utrzymywałem, albo nauka. Nie wahałem się długo, porzuciłem na zawsze już redakcję „itd” i zostałem asystentem-doktorantem. Środowisko humanistyczne, w jakie wrastałem coraz mocniej, położone na skrzyżowaniu literaturoznawstwa i filozofii, w którym dojrzewały dwie ważne szkoły naukowe – „warszawska szkoła strukturalna” i „warszawska szkoła historii idei” -  było zapewne jednym z najżywszych na kontynencie, a na pewno najlepszym w całym tzw. obozie. Uczestniczyłem w różnych formach jego aktywności, nie tylko w poszczególnych seminariach, także w dyskusjach publicznych, konferencjach i półprywatnych konwersatoriach. Jedno z takich konwersatoriów odbywało się w gabinecie Stefana Żółkiewskiego w siedzibie Polskiej Akademii Nauk (21 piętro Pałacu Kultury i Nauki) i skupiało grono wybrane. Byłem chyba najmłodszym, onieśmielonym jego uczestnikiem, ale rozumiałem, że jest to doborowy rewizjonistyczny think tank, zajęty projektami reformowania tego ustroju, który niezadługo miał zostać uznany za niereformowalny.
Równolegle rozwijały się też pisania – uprawianie krytyki i eseistyki literackiej, a także publicystyki kulturalnej splatało się korzystnie z przygotowywaniem humanistycznego doktoratu (mój ówczesny projekt dotyczył powieści modernistycznej, a nie Stanisława Brzozowskiego). Publikacje miałem coraz poważniejsze, niekiedy zyskiwały sobie one pewien rozgłos, a nawet uznanie, zacząłem więc przemyśliwać nad książkowym wydaniem ich wyboru (co było wtedy zwyczajem). Projekt taki przygotowałem w roku 1967 i na jego podstawie przyjęto mnie do ówczesnego Związku Literatów Polskich. Dziś nie ma to  znaczenia, ale wtedy taka przynależność uchodziła za pisarską legitymizację. Debiutancka książeczka złożona w Państwowym Instytucie Wydawniczym czekała jednak na wydanie kilka lat i ukazała się dużo później (Sprawa sensu, PIW, Warszawa 1971). Było to spowodowane moim dwoistym, jeśli nie dwuznacznym udziałem w wydarzeniach marca 1968 roku.
W latach 1965-1968 przesuwałem się stopniowo ze środowiska kolegów z akademika i z Ordynackiej, w stronę tych grup studenckich (i asystenckich), wśród których autentyczne pasje intelektualne splatały się z polityczną kontestacją. Przesuwanie nie oznaczało zerwania, lecz rozdwojenie – nadal brałem udział w oficjalnym studenckim ruchu naukowym (organizowałem np. sympozja) i kulturalnym (np. Światowy Festiwal Teatrów Studenckich we Wrocławiu, 1966).1 Czas był, w pewnym sensie, schyłkowy – im dalej od października 1956 tym mocniej rozwiewały się związane z nim nadzieje. Jak zwykle w takim czasie mnożyły się różne „kółka” – dyskusyjne i działające. Spośród kółek działających najżywszym i najbardziej też widocznym, byli tak zwani komandosi, w których kręgu wkrótce się znalazłem. Inicjowałem też (wspólnie z Aleksandrem Smolarem) inne kółko dyskusyjne, które skupiło m. in. Tomasza Burka, Jana Grossa, Jakuba Karpińskiego, Marcina Króla, Waldemara Kuczyńskiego, Jadwigę Staniszkis i innych.2 Napięcia właściwe tej szczególnej sytuacji podlegały wzmocnieniu, a ja byłem rozdwojony między pogłębianiem wiedzy a doraźnym działaniem, między solidarnością moralną a identyfikacją polityczną, między akceptacją Polski Ludowej a jej kontestacją. Radykalizacja działań „komandosów” rozdwojenie to wzmacniała – brałem udział w akcjach solidarnościowych (petycje, protesty w sprawie „Dziadów”, współpraca z komitetami studenckimi w marcu 1968).3 Byłem jednak nastawiony głównie na minimalizowanie akcji bezpośrednio politycznych, widziałem przed sobą ciągle nie wyzyskane możliwości rozwoju naukowego i awansu społecznego. Po klęsce marcowej, bo w moim doświadczeniu była to klęska (rozbito środowisko uniwersyteckie, aresztowano moich kolegów, represje dotknęły setek przypadkowych uczestników wydarzeń) popadałem stopniowo w rozrachunkową obsesję. Narastaniu tej obsesji sprzyjało niewątpliwie osamotnienie (mieszkałem sam, w wynajętym pokoju a wokół mnie zrobiło się dość pusto) oraz to, że aresztowano mnie stosunkowo późno, bo dopiero w połowie czerwca 1968. Ledwie znosiłem już swoją wolność i zamknięcie przyjąłem z ulgą.
Byłem od razu zdecydowany zeznawać, gdyż w swojej rozrachunkowej obsesji uważałem, że może się to przyczynić do zmniejszenia strat. Śledztwo było już zresztą zaawansowane, a ja nie byłem ani rozważny, ani przezorny. Cokolwiek zresztą w nim powiedziałem, a powiedziałem za dużo (dopiero po paru miesiącach zrozumiałem, że każde słowo w tej sytuacji jest słowem za dużo), nikt po moich zeznaniach nie został aresztowany. Choć nadmiernie wymowny, trzymałem się więc jakoś dotychczasowego zakresu śledztwa i odmówiłem też jakiejkolwiek rozmowy o swoich profesorach. Gdyby nadzorcy represji natrafili wówczas na ślad owego konwersatorium Żółkiewskiego, zapewne stałoby się ono polityczną tarczą strzelniczą. Napisałem też zideologizowane oświadczenie „Sprawa komandosów”, które było stymulowane przez śledczych, ale napisałem je własnowolnie. Kiedy zwolniono mnie z aresztu (około 10 sierpnia), w ciągu paru dni pojąłem, że to ja ściągnąłem na siebie klęskę, z której być może się nie podźwignę. Odwołałem następnie na dwóch rozprawach (w grudniu 1968 i w styczniu 1969) zarówno zeznania, jak i oświadczenie.4 Odwołanie takie jest aktem prawnym i nie zmienia zasadniczo sytuacji moralnej. Byłem niewątpliwie winny w tej sprawie i czuję się winny nadal.5 Ale nie muszę ujawniać stanu mojego sumienia każdemu samozwańczemu sędziemu.
Na przełomie 1968 i 1969 roku znalazłem się w sytuacji, ostrożnie określając – ujemnej. Nie miałem z czego żyć  – ówczesny rektor UW zapewnił prokuraturę, że „stosunek służbowy z Ob. (sic!) mgr Andrzejem Mencwelem nie będzie przedłużony”.6 Nie miałem gdzie mieszkać, bo nie stać mnie było na wynajmowanie pokoju. Straciłem dobre imię, co zawdzięczałem sam sobie, ale nie brakło też takich, którzy przypisywali mi najgorsze motywy. Pewnie bym się z tej zapaści nie wydobył, gdyby nie wola życia i świadomość długu, jaki miałem wobec siostry, która wiele dla mnie poświęciła. Pomogli mi też dobrzy ludzie, którzy nie tylko odnosili się do mnie ze zrozumieniem, ale ułatwiali mi przeżycie. Wszyscy podtrzymywali mnie na duchu, u niektórych po prostu przemieszkiwałem, wielu z nich załatwiało mi jakieś prace dorywcze – robiłem anonimowo indeksy, korekty, opracowania bibliograficzne. Chcę ich tutaj wymienić, bo w nurcie życia nie zawsze zdołałem należycie im podziękować, a niektórzy niestety odeszli już z tego świata: Jerzy Andrzejewski, Alina Brodzka, Henryk Hinz, Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Niecikowski, Krzysztof Pomian, Ryszard Przybylski, Konstanty Puzyna, Krystyna i Tadeusz Sieroccy, Zofia Stefanowska, Stefan Treugutt, Andrzej Walicki, Andrzej i Maciej Wernerowie, Alina Witkowska, Stefan Żółkiewski. Wszyscy ci ludzie, a niektórzy tylko byli moimi przyjaciółmi, różnie oceniali mnie, moją sytuację i sytuację polityczną, lecz mi pomagali. Wziąłem od nich nie tylko tę pomoc, ale także lekcję człowieczeństwa, której staram się nie zapominać. Lekcja ta przekonała mnie również, że cechy osobowe nie są tożsame z afiliacją polityczną.
W połowie 1969 roku Józef Lenart, który był działaczem partyjnym i redaktorem „Współczesności”, lecz zachował do mnie słabość z wczesnych reporterskich czasów, zatrudnił mnie jako korektora. Irena Szymańska z „Czytelnika” zaproponowała mi przekład z francuskiego, a poszukując pomocy w nim (bo byłem słaby w języku) poznałem Anię Gettlich. Współpraca przerodziła się w związek trwały i w lipcu 1970 wzięliśmy ślub. Jej rodzice umożliwili nam zamieszkanie w swoim, częściowo sezonowym, podwarszawskim domu. Andrzej Wasilewski dał etat lektora w Państwowym Instytucie Wydawniczym, a potem wprowadził mnie do „Miesięcznika Literackiego”. Tymi drogami sytuacja moja, zarówno rodzinna, jak i społeczna powoli się układała. W roku 1971 urodził nam się syn Stanisław (drugi syn, Jan, dopiero w 1983), około 1973 wznowiłem pracę nad doktoratem i związki z uniwersytetem. Temat, można powiedzieć, narzucił mi się sam – był nim Stanisław Brzozowski i choć, poszukując właściwego ujęcia, kilkakroć zmieniałem redakcję pracy, to ostateczna wersja (Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej, Czytelnik, Warszawa 1976), nie tylko została obroniona, ale i przeszła próbę czasu. Była jakaś analogia pomiędzy sytuacją Brzozowskiego i moją, zaś badając „sprawę Brzozowskiego” rozumiałem lepiej sprawę swoją, ale książka cała nie była tworem ezopowym, lecz opracowaniem historycznym wielkiego pisarza i myśliciela.
W tymże 1976 roku miały miejsce jeszcze inne ważne wydarzenia w moim życiu – po pierwsze przyjąłem propozycję pracy w nowopowstałej Katedrze Kultury Polskiej na Wydziale Polonistyki UW i z nią związane jest moje życie aż do dnia dzisiejszego (od 1998 Instytut Kultury Polskiej). Przyjąłem tę propozycję, ponieważ nie był to przydział, lecz świadomy akces. Od początku istnienia Katedry brałem udział w kształtowaniu jej programu naukowego i dydaktycznego, od 1991 byłem jej kierownikiem, w latach 1998-2005 dyrektorem Instytutu, 2005-2008 przewodniczącym jego Rady Naukowej. Piszę o tym szerzej w Autoreferacie naukowym (zob. niżej), tu pragnę jedynie podkreślić, że w trzydziestolecie Katedry/Instytutu zostałem odznaczony przez Rektora UW Medalem Uniwersytetu Warszawskiego, czym się naprawdę szczycę.
Po drugie – wstąpiłem, a raczej zostałem przyjęty do PZPR. Kolejność była następująca – praca, doktorat, przynależność – i tak jej przestrzegałem. Wszystko to uważałem za kolejne kroki ustalania swojej sytuacji życiowej. Motywy tego akcesu były dość jasne: po doświadczeniach 1968 roku odrzuciłem kontestację i zdecydowałem się na krytyczną akceptację, uważałem, że mam prawo mierzyć się z zastaną rzeczywistością na własny sposób, sądziłem, że członkowstwo partii daje większe możliwości pozytywnego działania. Wszystko to częściowo się sprawdziło, ale „normalizacja” nie była łatwa.7 Odrzucono moją kandydaturę na uniwersytecie i po dłuższych deliberacjach przyjęła mnie organizacja literatów. „Normalizacja” i tak pozostała kaleka, bo w roku 1977 odmówiono mi wyjazdu na stanowisko wykładowcy literatury polskiej do RFN, choć kandydatura moja była już przyjęta przez uniwersytet we Frankfurcie nad Menem. 8 W tym samym czasie, z listy Związku Literatów Polskich otrzymałem przydział lokatorskiego mieszkania spółdzielczego na Targówku, co zasadniczo poprawiło nasza sytuację życiową.
W „Miesięczniku Literackim” spędziłem kilka lat, ale nie zachowałem dobrych o nim wspomnień. Możliwości pozytywnej pracy, podniesienia poziomu intelektualnego i klarowania pozycji krytycznej, do czego dążyliśmy wspólnie z Markiem Siemkiem (wszedł do redakcji w tym samym czasie) były tam nie tylko ograniczone, ale i blokowane przez niejasne koteryjne powiązania. Nawet moi starsi koledzy ze „Współczesności’ (Stanisław Grochowiak, Jerzy Stajuda, Władysław Terlecki) sobie z tym nie radzili. Opublikowałem kilka szkiców i recenzji,  pod którymi się podpisuję, ułatwiłem parę debiutów (Jan Zieliński, Monika Ziółek), ale niewiele ponadto. Z zadowoleniem więc przyjąłem propozycję Jerzego Putramenta, aby objąć dział krytyki w tygodniku „Literatura” (w 1977), tym bardziej, że zapewniał mi on swobodę działania. Od propozycji do realizacji upłynęło jednak sporo czasu (około dwóch lat), bo redaktor naczelny musiał uzyskać akceptację sekretariatu KC (taka to była struktura władzy). W krótkim czasie udało mi się nie tylko ten dział przebudować, ale i wprowadzić całą plejadę młodych autorów (pochodzących z kręgu Katedry Kultury Polskiej), na których się oparłem. Między dyspozycyjnym serwilizmem pism oficjalnych i radykalną odmową środowisk opozycyjnych (obieg niezależny właśnie się rozwijał) chcieliśmy wypracować jakąś trzecią możliwość: oficjalną, lecz krytyczną. Zostało to dostrzeżone przez rzeczników obu stron – odpowiednie wydziały KC PZPR usiłowały mnie naciskać, a wydawcy „Zapisu” i „Krytyki” przysyłali egzemplarze swoich edycji pocztą oficjalną. Nie udało się wówczas wydrukować żadnej recenzji tych edycji, ale w Klubie Krytyki przy Związku Literatów Polskich (który powołaliśmy wspólnie z Januszem Maciejewskim) były one regularnie omawiane. Trwałość tych przedsięwzięć nie była wielka, bo w roku 1980 wszystko się zmieniło i należało korzystać z posierpniowych możliwości. Mam jednak sobie za dobre, że zaznaczyłem tę „trzecią drogę” i pomogłem w publikacjach takim, początkującym wówczas autorom, jak Michał Boni, Piotr Bratkowski, Grzegorz Godlewski, Tadeusz Komendant, Beata Maliszkiewicz, Anna Nasiłowska, Włodzimierz Pawłowski, Mirosław Pęczak, Krzysztof Rutkowski, Andrzej Urbański, Maciej Zalewski.
Jesienią 1980 roku opuściłem tygodnik „Literatura” i zająłem się nowym projektem. Był nim Miesięcznik Krytyczny „Meritum”, który założyłem wraz z grupą publicystów, pisarzy i uczonych (Wojciech Giełżyński, Jerzy Halbersztadt, Andrzej Kołakowski, Erwin Kruk, Jerzy Niecikowski, Włodzimierz Pawluczuk, Edward Redliński, Marek Siemek i inni). Moi młodzi współpracownicy z „Literatury” też nas wspierali. Nie miałem wątpliwości, że Sierpień jest prawdziwym historycznym przełomem, a powstanie „Solidarności” zmienia ostatecznie zastany ustrój. Chcieliśmy pracować nad zrozumieniem nowej sytuacji i przyczyniać się do jej poprawy. Ponieważ w części władz partyjnych intencje takie natrafiały na pewne poparcie, więc po upartych zabiegach pismo udało się stworzyć. Nie na wiele się to zdało, bo przed stanem wojennym zdołaliśmy wydać ledwie dwa numery (trzeci był w druku i mam jego egzemplarz). W drugim opublikowaliśmy zasadniczy korpus powieści Igora Newerlego Zostało z uczty bogów, co otworzyło jej drogę wydawniczą (do Instytutu Literackiego i „Nowej”), a w pierwszym pokaźny cykl „okrągłostołowych” (avant la lettre) dyskusji pod wspólnym tytułem Krajobraz po Sierpniu. Nasza działalność była nieformalnym odpowiednikiem ruchu „struktur poziomych”, a marzyło nam się nie zewnętrzne „porozumienie stron”, lecz wewnętrzna, „solidarnościowa” przebudowa partii i państwa. W tym duchu działałem też jako ekspert IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR, którego uchwały pozostały papierem.
Rzecz jasna marzenia te, i tak dość złudne, raptownie rozwiał stan wojenny – pismo zostało najpierw zawieszone, potem rozwiązane, a mnie odwołano ze stanowiska. 13 grudnia 1981 był dla mnie datą graniczną także i dlatego, że rozstałem się ostatecznie z tamtą partią. Oceniając moją przynależność pozostaję w ambiwalencji – na pewno nie żałuję tego, co dzięki niej udało się zrobić, a sensowność tych prac pozostawiam ocenie. Z drugiej zaś strony było to doświadczenie prawie puste – partia ta, w jej schyłkowej fazie, pozostawiła mi trwały niesmak, bo choć toczyliśmy w niej prawdziwe „walki nad bzdurą”, to na pewno nie była to organizacja ideowa. Dworskie intrygi i koteryjne przepychania, jakie poznałem, nie były warte tego niesmaku, a prosowiecki serwilizm niektórych „towarzyszy”, z jakim się zmagaliśmy (w organizacji partyjnej literatów i we władzach), do dziś skręca mi wnętrzności. W stanie wojennym część kolegów z „Meritum”, z nieodżałowanym Jasiem Gogaczem (zmarł przedwcześnie w 1998) na czele zaangażowała się w podziemny ruch wydawniczy („Vacat” był tytułem po „Meritum”), młodsi natomiast stworzyli grupy polityczne „Wola”, których ciężar gatunkowy wzrastał. Pozostawałem z nimi w kontaktach, ale nie brałem bezpośredniego udziału w działaniach, bo wystrzegałem się wszelkiej dwuznaczności. Z tych samych powodów nie publikowałem też w prasie podziemnej. Spośród propozycji, jakie mi składano, przyjąłem tylko jedną – napisania wstępu do Idei Stanisława Brzozowskiego, ale edycja ta (podobno już złożona) nie doszła jednak do skutku.
Od połowy lat osiemdziesiątych skupiłem się na tym, co uznawałem za najważniejsze i co było mi najbliższe – więc na pracy uniwersyteckiej, w mojej macierzystej uczelni i na ówczesnej filii UW w Białymstoku, gdzie przez szereg lat dojeżdżałem. Przygotowywaliśmy program dydaktyczny i naukowy Katedry Kultury Polskiej, który po przełomie ustrojowym można było w pełni realizować. Główne składniki i etapy tej realizacji przedstawia Autokomentarz naukowy (patrz poniżej), więc go nie powtarzam. Tu chcę tylko wspomnieć, że w roku 1984, a więc w środku tamtych „ciemnych lat”, podjąłem decyzję napisania książki Etos lewicy, którą do roku 1987 napisałem (ukazała się dopiero w 1990, bo tak wówczas drukowano). Choć była to habilitacja, która została przyjęta, motywy, jakie mną powodowały poza naukę wykraczały. Chciałem mianowicie dowieść, że lewica w Polsce ma inną własną tradycję, niż bolszewicka, która w roku 1981 była zbrojna już tylko w nagą przemoc; chciałem też powrócić do właściwego tej tradycji języka i współcześnie go ożywić, bo bez żywego języka nie ma żywych idei. Zadania te, mimo że od czasu, gdy je wyznaczyłem, minęło prawie ćwierć wieku, pozostają nadal aktualne, wierzę zatem, że Etos lewicy czeka jeszcze na swoją porę. W roku 1990 bowiem, gdy książka ta się ukazała została właściwie, wyjąwszy kilka przyjaznych recenzji, przemilczana.

Przypisy:

1 Na festiwalu tym (głównym organizatorem było ówczesne Zrzeszenie Studentów Polskich) byłem szefem programowym konferencji o teatrach studenckich. O sympozjach zob. np. „Informacja nr 60 dot. Sympozjum nt. Filozofia i literatura” w: Marzec 1968 w dokumentach MSW. Tom I. Niepokorni. Opracowanie zbiorowe, IPN Warszawa 2008, 481-484.

2 Por. Opozycja w PRL. Słownik biograficzny 1956-1989. Red. Jan Skórzyński. Tom I. Ośrodek Karta. Warszawa 2000,  s.145, 146, 166. T. III, s. 160, 246.

3 Zob. np.: „Pamiętnik Teatralny  2005, zeszyt 3-4, monograficzny pt. „Dziady Dejmka.” Zob. zwłaszcza: Nadzwyczajne Walne Zebranie Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich 29 II 1968 (stenogram),tamże, s. 172-245. Zwłaszcza: 176, 188, 221-222 (zapis wystąpienia), 240 („Poprawkę kol. Mencwela komisja postanowiła przedstawić na prezydium Walnego Zebrania z propozycją poddania jej pod głosowanie w trybie jawnym.), 241, 242, 243, 244, 245. Także: Andrzej Friszke, Opozycja polityczna w PRL 1945-1948, „Aneks”, Londyn 1994, zwłaszcza s. 236, 245. Por. cały rozdział pt. Bunt młodzieży, tamże s. 224-267.  Zob. też Lidia Burska, Testament zbuntowanych, „Gazeta Wyborcza”, nr 81, 5-6 kwietnia 2008, s. 31.

4 Zob. następujący komunikat w „Gazecie Wyborczej” (nr 60, z dnia 12 marca 1998, s.)::
Oświadczenie Andrzeja Mencwela
„W roku 1968, przebywając w areszcie śledczym, napisałem oświadczenie pt. „Sprawa komandosów”. Odwołałem je następnie na rozprawach w grudniu 1968 i w styczniu 1969. W roku 1982, wobec toczącego się w stanie wojennym śledztwa przeciw działaczom KOR, powiadomiłem adwokatów o gotowości potwierdzenia tego odwołania. Nie udostępniłem nikomu tego oświadczenia, a każda forma jego publikacji jest bezprawna.”
Warszawa, 10 marca 1998                                                    Andrzej Mencwel

Przytoczenie niniejsze jest potwierdzeniem ważności – AM.

5 Por. Moja rozmowa z Karolem Modzelewskim z dnia 16 stycznia 1998 roku.  Nagranie magnetofonowe w dyspozycji Karola Modzelewskiego i mojej.  Zapis nagrania.

6 Pismo Rektora UW, Z. Rybickiego do Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie z dnia 14 sierpnia 1968r. Teczka personalna w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego.

7 Zob. informację o inwigilowaniu mnie (kryptonim  „Krytyk”) w latach 1971-1974, (w:) Marzec 1968 w dokumentach MSW, wyd. cyt. , s.482.

8 Wyjazd powstrzymało ówczesne MSW, co stwierdziła działająca w 1981 na Wydziale Polonistyki „solidarnościowa” komisja interwencyjna. Domyślałem się tego, bo nie przyjąłem „propozycji”, przed jaką mnie postawiono.