Paradoks zwiedzacza

Jeśli wspomnieć Knossos, to najważniejsze jest to, że udało mi się tam pojechać i szczęśliwie powrócić. Takim starym bowiem już nie pożyczają samochodów, jedynie pod gwarancją wysokiego odszkodowania, którą musiałem podpisać. Udało mi się nie tylko przemknąć autostradą pełną serpentyn, z cudownymi górskimi widokami na błękitne zatoki, ale także przecisnąć przez wąziutkie uliczki Heraklionu, bez jednej rysy lub odprysku. Wracałem z modlitwą tych, co się nie modlą i dojechałem.

W samym Knosssos raczej zawód niż olśnienie. Trzeba tam być, należy to do Kanonu, więc byłem. Ale obcuje się głównie z rekonstrukcjami Evansa, a ponieważ są one wyśmienite, więc podejrzenia rodzą zwątpienie. Te kolumny są zbyt gładkie, te freski za bardzo błyszczące, te kamienie wyszlifowali zwiedzacze podczas ostatniego stulecia…Najbardziej przykre są żelbetowe belki słupowe i stropowe, które dla iluzji czyli niepoznaki, zamalowano drewnopodobną farbą.

Evans był dziewiętnastowiecznym Brytyjczykiem, wiktorianinem, który na pewno miał za sobą europejski Grand Tour i stylizował swoje wykopaliska na modłę tamtego fasonu. Kochał imperialne wymiary, więc je odnajdywał, a znalazł też florencki salon, czyli Piano nobile, portret Paryżanki oraz rzymską łazienkę. Na pewno epokę minojską poznał lepiej od milionów zwiedzaczy, bo ją właściwie odkrył, ale w ogóle nie zwrócił uwagi na ludzki koszt tego zdumiewającego rozmiarem i rozmachem wiekopomnego dzieła. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie  na drogi imperialne – pamiętne zdanie Borowskiego, powinno wprowadzać w każde takie miejsce, bo tam nasza krew, pot, kości i ścierwo.

Ani słowa o tym w Knossos, ani słowa w przewodnikach i tablicach informacyjnych i trzeba samemu znaleźć jakiś odłam nie wydeptanego kamienia, żeby poczuć to drgnienie współobecności, o które naprawdę chodzi. Bo przecież po to tam pojechałem i też się udało.

Ale gdyby nie ten Evans, to pewnie nie miałbym tej możliwości…

 

Konkurs szopenowski. Codziennie koncert.

Balsam, balsam na wszystkie rany publiczne i sparzenia prywatne…

Drżenie

Wolałbym pisać o grze siatkarzy, których wielbię, dochodzić przyczyn ich porażek w kluczowych próbach, boję się jednak, że czeka nas próba niezrównanie bardziej dramatyczna. Piszę to z drżeniem, ale prawie wszystko wskazuje, że w relacjach rządu polskiego z władzami europejskimi nadszedł czas próby ostatecznej i żadne werbalne wybiegi już jej nie oddalą. 

Nawet nie można sobie wyobrazić, że następnego dnia rano obudzimy się poza Unią Europejską, co nocą przegłosuje zlepiona doraźnie większość sejmowa, choć jest to dość realne. Ani słowa o marzeniach i dążeniach pokoleń oraz moich wnuczkach studiujących w ramach programu Erasmus!

Nie można też wyobrazić sobie, że władze UE, które przecież istnieją i co najmniej władają programami dotacyjnymi, będą nadal pozwalały zwodzić się kluczeniem polskich rządzących. I pewnego dnia oznajmią stanowczo: rzeczywista niezależność sądownictwa i wszystkie prawa mniejszości – albo wstrzymanie (zawieszenie) programów pomocowych.

I co wtedy? Jak oni, “nasi” wycofają się rakiem (czyli krętacko) ze swoich deform i ekskluzji? Czy będą nadal kuglować, jak czynią dotąd? A jeśli oni, czyli “eurokraci” już się nie dadzą nabierać, co wtedy?

Trzeba będzie dokonać jasnego wyboru, bo nie da się oszukiwać wszystkich wokół i samych siebie.

Jest pewne, że wobec takiego zwarcia rządzący nie poddadzą się weryfikacji wyborczej, jak uczynili w roku 2007. Co zatem mogą zrobić? Rozszerzyć stan wyjątkowy pod pretekstem zagrożenia pandemią lub uchodźcami…

Może być i strasznie i śmiesznie, ale nic mi od tego nie lepiej. Drżenie nie słabnie, lecz się wzmaga.

 


   

Domiar

Na domiar złego przy wjazdach do Łomianek  wystawiono tabliczki ostrzegawcze: “Strefa skażona. Zgnilec amerykański pszczół”. Co więcej – stoją one po obu stronach dróg, więc nie wiadomo, gdzie zgnilec ten jest rozbestwiony – w mieście, czy w otaczającej je Puszczy Kampinoskiej.

PS

Pełna sentencja Brzozowskiego jest taka: Kto myśli o przyszłości Polski, musi rozumieć Rosję, musi ją rozumieć lepiej niż ona samą siebie rozumie, jeśli chce ją wyprzedzić.

Lekcja Millera

W Gazecie Wyborczej (Wolna Sobota, 4 września 2021) długa, poważna rozmowa Donaty Subbotko z Leszkiem Millerem.

Rozmowa jest prawie o wszystkim i nie będę się wdawał w onegdajszą listę Samoobrony, patronat nad Magdaleną Ogórek czy wewnątrzpartyjne porachunki SLD. Spośród mnóstwa kwestii, anegdot i szczegółów, wyłuskuję sprawy, moim zdaniem, najpoważniejsze.

Po pierwsze – jest to przejmujące świadectwo osobowości integralnej, jakie wśród polityków zdarzają się nadzwyczaj rzadko. W pewnym potocznym sensie politykiem jest ktoś, kto lepiej wyczuwa skąd wieje wiatr i potrafi się z nim zabrać, czyli ktoś podobny do przeciągu. W obecnym parlamencie i innych najwyższych władzach możemy takich liczyć na pęczki. Leszek Miller ma życiorys długi, wypełniony przez różne epoki historyczne i dramaty osobiste, w tym tak skrajny, jak samobójstwo dorosłego syna. Niczego kluczowego w minionym życiu nie zapomina, ani się nie wyrzeka, jasno przyznaje do pomyłek i błędów, za wszystko czuje się odpowiedzialny i otwarcie to mówi. Chylę czoła, Panie Premierze, za Pańską służbę publiczną i życie prywatne.

Choć w III Rzeczpospolitej był na szczytach władzy i premierem, a politycznie nadal jest czynnym europosłem, to najważniejsze w tej rozmowie jest jego przyświadczenie Polsce Ludowej. Przekonuje on bowiem, że choć tamto państwo było skrępowane zależnościami właściwie globalnymi, to jego główną racją był szeroki trakt awansu społecznego tych, których miejscem startu była stara bieda i odwieczne zacofanie. Ja sam miałem trochę lepiej, ale znałem ich mnogość, bo byli w tym narodzie przytłaczającą większością. Historia, która to zbiorowe doświadczenie pomija i wymazuje, jest historią zakłamaną. A to ona przeważa dzisiaj w mowie i piśmie, w druku i nowych mediach. Nie mam ochoty wdawać się w żadne prognozy polityczne, bo raczej czarno widzę, ale nie można wygrać z przewodnikami tego zakłamania, kiedy uprawia się zakłamanie częściowe, czyli zaledwie osłabione.

Podobnie ważne jest to, co Miller mówi o stosunku do Rosji, z czym się chętnie zgadzam. Świadome życie w dzisiejszej Polsce, z wielu względów trudne, jeśli idzie o Rosję, jest właściwie nie do zniesienia. I to nie z powodu Putina, panującego tam reżimu i supermocarstwowych fantasmagorii. Nieznośny jest nijaki, rozpowszechniony stosunek do Rosji, jej postępujące ignorowanie, redukowanie do militarnych lub kryminalnych incydentów. Rosja jest, jaka jest – a nasze udawanie, że ona nie istnieje, jest równie głupie, jak mylenie Kaliningradu z Oceanem Spokojnym. Kto myśli o przyszłości Polski musi rozumieć Rosję, napisał ponad sto lat temu Stanisław Brzozowski, i jest to prawda ponadczasowa. Wygląda na to, że o rzeczywistej przyszłości Polski myślą już tylko praszczurowie. 

 

 

Laudacja

Dlaczego tak polubiłem Ustkę, choć w późnym wieku trudno o nowe przywiązania?

Jest miastkiem portowym i rybackim, a nie nadętym kurortem. Co prawda ruch w porcie niewielki, prawie znikomy, ale w basenach pełno małych jednostek pływających, kutrów i jachtów. Jak dobrze popatrzeć, najlepiej z pozycji poziomej – można zobaczyć las masztów…

Morze nie jest dla mnie tylko widokiem, jest żywym oddechem świata, dlatego port, statki na nabrzeżach czy na redzie są jego właściwą postacią, a nie pusta plaża z grzywami fal. Pierwszy raz zobaczyłem tak morze w Gdyni, na wycieczce szkolnej, poczułem w niej ten oddech świata i i nad morzem go potrzebuję.

Ustka jest miastkiem, a to zdrobnienie nie poniża, lecz ją wywyższa. Oznacza to, że ma dawną strukturę miejską, ze starymi uliczkami, zróżnicowanymi architektonicznie budynkami publicznymi i domami prywatnymi, a przechadzanie się po niej napawa mnie szczególną aurą. Tu stary spichlerz, tam latarnia morska, ówdzie cudowne szachulcowe domki rybackie, modernistyczna willa pałacowa i schludne bloczki wspólnoty mieszkaniowej. Jest to miasto nadzwyczajnie zadbane, w którym nie spotyka się odrapanych kamienic, liszajowatych tynków i nieudolnie zamaskowanych śmietnisk. Jak oni, czyli tutejsi samorządowcy i mieszkańcy to robią, cały czas się zastanawiam, a mój podziw, w miarę kolejnych przyjazdów nie maleje, lecz rośnie.

Ustka ma swoją złożoną historię, bo przecież do roku 1945 należała do Niemiec.  W parku, po drodze na plażę zachowano posąg “Umierającego wojownika” Josefa Thoraka, który zamówili u niego mieszkańcy Stoplmunde, aby uczcić pamięć swoich poległych podczas pierwszej wojny światowej. “Umierający wojownik’  wyrzeźbiony został dość ekspresyjnie,  rozmiary jednak ma naturalne, dalekie od późniejszych gigantów  Thoraka.  Rzeźbiarz został przecież faworytem Hitlera i jego nadwornym, rzec można, artystą, o czym powiadamia przechodniów zręczna tabliczka informacyjna.

Jakieś dwieście metrów dalej, już na samej nadmorskiej  promenadzie, będącej dumą miasta, obecni mieszkańcy Ustki wystawili pomnikową ławeczkę Irenie Kwiatkowskiej, która często spędzała tu wakacje. Ławeczka esowato modernistyczna, przypomina taśmę filmową, a siedząca na niej figura “Aktorki komediowej stulecia” przyciąga kobiety zwłaszcza do pamiątkowych zdjęć. Utwór wyrzeźbił Rafał Nowak, a odlał w brązie Piotr Garstka.

Chyba tylko w Ustce historia tamtego, minionego wieku, została ujęta tak wymownym artystycznym skrótem.

 

 

Do poprawki

Nitras Sławomir? Nie zdał…

Nie odróżnia religijności od instytucji, wiary od wyznania.

Do poprawki powinien przestudiować “Świadomość religijną i więź kościelną” Leszka Kołakowskiego.

Nowy świat i okolice

Miła młoda mama siedząca w jadalni przy sąsiednim stoliku (dom ZAIKS-U w Ustce), powiedziała mi, że wnuków swoich się nie wyprę, bo bardzo są do mnie podobni. A chociaż oni do siebie nie są podobni, to i tak poczułem się dumny. Po chwili dopiero spostrzegłem, że jej, najwyżej trzyletnia córeczka, spożywa swój posiłek wpatrzona hipnotycznie w ekran smartfona, który ma przed oczami, a tego, co na talerzu chyba nie widzi. 

Kiedy wróciliśmy z Ustki, poszliśmy na pizzę do Włocha, bo w domu nie było niczego obiadowego. I tam prawie kalka: obok nas młode małżeństwo, mama trzyma na kolanach swoją dorodną córunię, a ta, pochylona nad stolikiem, wpija oczy w ekran smartfona dogodnie podtrzymywanego przez tatę. 

Od lat mówię i piszę, że jeśli chodzi o “nowe media” wychowawca musi być najpierw wychowany, jak nauczał zresztą Karol Marks. Ale – grochem o ścianę.   

Bezradność

Jest nie dającą się podważyć oczywistością to, że obowiązkiem rządu jest należyte strzeżenie granic. Ale równorzędną oczywistością jest to, że państwo nie powinno jedynie demonstrować siły wobec słabych i chorych. Jeśli państwowa pomoc dla nich grozi otwarciem imigranckiej tamy, trzeba wspomagać pomoc obywatelską, a nie ją zwalczać. Skuteczny rząd, gdyby było trzeba, pomoc taką powinien sam dyskretnie zorganizować, oficjalnie twierdząc, że to samorzutna inicjatywa społeczna, która wymknęła się spod kontroli. Putin, można powiedzieć, tym sposobem zajął Krym, a władze polskie przeganiają tych, którzy chcą nieść pomoc głodnym i bezbronnym.

Wygląda na to, że demonstracje siły są dla nich ważniejsze niż losy ludzi. Bardzo im imponują te zbroje i tarcze. Może powinni rządzić za pierwszych Piastów, a nie teraz?

Next Page »