Jestem

Batalia o Sąd Najwyższy.

Dzieci w tajskiej jaskini.

Rocznica Wołynia.

Nie piszę, bo mam oczy w leczeniu.

Ale jestem w tym.

 

Żeby nie powiedzieć…

Wczoraj oglądałem wiadomości telewizyjne pierwszego programu TVP, bo nie miałem już  innej możliwości, a chciałem się dowiedzieć, co słychać w świecie po spotkaniu Trump-Kim. Ani słowa o tym, ani też słowa o świecie, jeśli się to nie wiązało w wystąpieniem członka obecnego rządu. Pokazani kolejno: prezydent, premier, wicepremierzy i kilku (łącznie chyba siedmiu) ministrów. Również jakieś siedem do dziesięciu razy “demaskowana” opozycja.  I to wszystko.

Co to jest właściwie? Telewizja publiczna? Zadupie, garkuchnia, szlachtuz?

Tak trzymać!

Profesor Zdzisław Adamczyk rozgrzał nas wczoraj, prawie do zenitu, swoim pasjonującym wprowadzeniem do nowej, wreszcie integralnej, edycji Dzienników Stefana Żeromskiego (zebranie Komisji Edytorskiej Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza). Problemów jest mnóstwo, bo nawet nie jest pewne, czy tytuł ma być w liczbie mnogiej, jak dotąd przyjęto, czy też w pojedynczej.

Dwa, na szczęście, są tu pewniki. Pierwszym jest ten, że nikt w tym dziele nie może zastąpić Profesora, a on sam pełen jest wigoru, który można podziwiać! Drugim zaś ten, że w odniesieniu do epoki, którą dzienniki te, “w ścisłym sensie tego określenia”, obejmują (1882-1891) nie mamy żadnego innego, porównywalnego świadectwa historycznego. A dla czasów “narodzin polskiej nowoczesności”, jak powiedziałem w dyskusji, świadectw bezpośrednich mamy w ogóle bardzo mało. Słowem – tekst bezcenny, w opracowaniu doskonałym!

Powinności

Nigdy w takich memorialnych sytuacjach nie udaje mi się powiedzieć tego, co zamierzyłem, choć układam sobie w cichości zdania, które potem wygłaszam publicznie. Coś ważnego, może najważniejszego, jednak mi umyka i nęka mnie później poczuciem przykrego niedopełnienia.

I tak: 22 maja odsłanialiśmy tablicę upamiętniającą Igora Newerlego na żoliborskim skwerze jego imienia (symbolicznie, bo fizycznie już była odsłonięta), a ja zamierzałem powiedzieć o Nim, że w pisarstwie i w postawie sam był “Żywym wiązaniem”, pomiędzy światem Abramowskiego, Brzozowskiego, Dawida i Korczaka, czyli warszawiaków z “Przedwiośnia”, a naszym czasem drugiej połowy dwudziestego stulecia, czyli także mojego dojrzewania i krzepnięcia. I o znaczeniu osobistym  spotkania z autorem Żywego wiązania powiedziałem, ale to najważniejsze zdanie (Igor Newerly był sam tym “żywym wiązaniem”!) pozostało w domyśle i teraz ciągle do mnie wraca.

29 maja na Cmentarzu Wawrzyszewskim żegnaliśmy tłumnie, w pełnym słońcu, Michała Nawrockiego, który zmarł nagle i przedwcześnie. Michał był wybitnym fizykiem, jego rangę w tej dziedzinie, poznawałem po olimpijskim spokoju, z jakim znosił moje antyscjentyficzne kąśliwości, odpłacając mi zasłużonym sarkazmem wobec literackich uroszczeń. Naprawdę jednak znałem go jako społecznika, może i z tamtej szkoły “Warszawiaków”, choć bezpośrednio z “Solidarności” w jej najlepszej wersji, a współpracowaliśmy parę dekad na wielu akademickich polach, z Festiwalem Nauki na czele, którego był współzałożycielem.

Miałem otóż powiedzieć, że uczyłem się przy Nim odpowiedzialności za naukę w jej całości, a nie w wydzielonych i oszańcowanych działkach, i to, jak pamiętam, powiedziałem. Dodałem też, że taka odpowiedzialność była u Niego nierozdzielnie związana z poczuciem sprawstwa: zastanówmy się, co jest do zrobienia i zróbmy to razem!

Czego jednak nie powiedziałem, choć należało? Że, w znacznej mierze dzięki Niemu, IKP znalazł swoją siedzibę w Dziedzińcu Głównym UW, bo to on był wtedy prorektorem od tych spraw, a pracę naszą rozumiał i cenił. Przyjaźnie, bez sarkazmu.

Samochwalstwo

A propos nagrody literackiej Nike – bardzo mnie ucieszyła nominacja tomu opowiadań Mikołaja Grynberga, Rejwach, (Wydawnictwo Nisza, Warszawa).

I tu najpierw się wstydzę, a potem chwalę. Wstydzę się, gdyż opowiadań tych nie znam; chwalę, ponieważ czytałem  tegoż autora tom rozmów Księga wyjścia (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec), a coś sobie podczas tej lektury pomyślałem. Rozmowy te bowiem tak są zapisane, że za każdym razem słyszy się właściwie głos bohatera, jego szczególne rytmy, rejestry, frazy. Wsłuchując się w te głosy pomyślałem właśnie, że autor ma niewątpliwy talent literacki i powinien koniecznie pisać opowiadania.

No i się spełniło!

 

Cudotwórstwo

“Absolwent Ortanez University w Quezon City oraz Azjatyckiego Instytutu Fundacji Paramedycznej w Passay na Filipinach. Pochodzi z prowincji górskiej i wioski Anapo przynależnej do Benquet Tribe, która słynie z daru uzdrawiania praktykowanego i przechodzącego z pokolenia na pokolenie”.

Cudotwórca ten nazwisko ma wyraźnie niemieckie, co może nie jest bez znaczenia, ale je pomijam, bo nie chodzi o kwestię personalną. Mamy oto wskazane podstawowe kwalifikacje, które ma spełniać kandydat na cudotwórcę: winien ukończyć jakiś nazywający się z amerykańska uniwersytet, musi zostać wtajemniczony w azjatycki ezoteryzm oraz być nosicielem daru egzotycznych aborygenów. Być może będzie jeszcze bardziej pociągający, jeśli będzie się nazywał, na przykład: Mercedes-Benz.

Notatkę spisałem z lokalnej gazety. Komentarzyk nie dotyczy uzdrawiania, tylko  współczesnych wyobrażeń zbiorowych. Bardzo mnie ujmuje to, że jednak nauka jest na pierwszym miejscu. Niestety amerykańska…

 

Dla Marty Wyki

Czymże jest czas…

Kiedy to było? Odpowiedź wydaje się tak prosta, jak samo pytanie i zamyka w kilku słowach: wtedy, kiedy byliśmy doktorantami. I choć daty naszych studiów doktoranckich można sprawdzić w życiorysach, których z formalnych powodów akademickich napisaliśmy niemało, a pewnie i w aktach odpowiednich instytucji naukowych, dręcząca mnie jednak, wraz z tym pytaniem, niepewność, nieomal metafizyczna, bynajmniej nie znika. Pytanie: „kiedy to było?” jest pytaniem o czas, a z jego pojmowaniem mam problem, wskazany już przez Świętego Augustyna: Czymże więc jest czas? – zapytuje on w sławnym fragmencie swoich Wyznań. I odpowiada: Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.
Kiedy to było? Powtarzając to pytanie popadam w podobne zwątpienie i odpowiadam nie kalendarzowo, lecz legendowo: wtedy, kiedy zimą padał śnieg, i to nawet w mieście położonym na równinie, czyli w Warszawie. A dlaczego akurat ten śnieg jest taki znamienny i najpierw mi się przypomina? Dlatego, że w moich latach chłopięcych mieszkałem w kotlinie podgórskiej, gdzie śnieżne zimy były corocznie, a związane z nim gry i zabawy – dziecięcym zwyczajem. Jedną z pierwszych takich zabaw, zarówno życiowo, jak sezonowo, było „robienie orła” na świeżym śniegu. Dziś, zdaje się, zabawa ta całkiem już zanikła, chyba nawet moi dorośli synowie jej nie znają, nie mówiąc już o wnukach. Mógłbym im jeszcze tego orła zrobić, ale do tego potrzeba przynajmniej dziesięciu centymetrów świeżego, nie wydeptanego i nie rozjechanego jeszcze śniegu, co się w okolicach Warszawy od dawna już nie zdarzyło.
Na czym taki „orzeł” polega? Trzeba otóż położyć się grzbietem, w całej – by tak rzec – rozciągłości, włącznie z głową, na dziewiczej śniegowej połaci, wyciągniętymi ramionami zakreślić osiągalne półkola, zaś ruchem nóg wyznaczyć nożyce płaskie. Następnie, co świadczy nieodparcie, iż jest to sztuka chłopięca, najwyżej młodzieńcza, należy z tej pozycji poziomej wyskoczyć w pionową tak, żeby pierzchliwego wizerunku nie uszkodzić i pozostawić go nienaruszonym. I choć naprawdę nie wiem, czymże jest czas, i nie umiem też odpowiedzieć na pytanie, kiedy to było?, jestem pewien, że orła takiego wywinąłem niegdyś na jednym ze stołecznych placów podczas śnieżnego opadu. Wyraźnie widzę, jak płatki śniegu skrzą się w świetle latarni, co leżący spostrzega lepiej niż stojący i sztuczkę swoją wyczyniam swobodnie. Orzeł ten, teraz się zdradzam, przeznaczony był dla naszej dzisiejszej Jubilatki i przyjęła go Ona z uśmiechem.
Kiedy to było? Zimowym wieczorem, skoro padał śnieg, świeciły się latarnie, przechodnie zaś byli nieliczni. Nie bardzo późnym jednak wieczorem, gdyż jestem pewien, że przechadzaliśmy się jeszcze trochę, po wyjściu z teatru, choć nie potrafię rozstrzygnąć, czy to był Teatr Współczesny, czy też Dramatyczny. Jeśli ten pierwszy – to orła wywinąłem na Placu Zbawiciela, jeśli ten drugi – to na Placu Defilad, może nie na samym środku tej największej śródmiejskiej pustyni w Europie, lecz na jego przypałacowej, zatem teatralnej odnodze. Czy można by ustalić, w którym byliśmy teatrze? Wiele przemawia za Współczesnym, gdzie przebojem było Tango Sławomira Mrożka, w reżyserii Erwina Axera, z taneczną grą Mieczysława Czechowicza i Tadeusza Fijewskiego, ale mieszczę też nas w Sali Prób Dramatycznego, na wstrząsającym wówczas spektaklu Kartoteki Tadeusza Różewicza, reżyserowanej przez Wandę Laskowską, z rolą główną i właściwie jedyną Józefa Pary. Jasne, że tych wszystkich danych faktycznych nie wydobywam z pamięci, lecz z internetowych archiwów, ale żadne ich zasoby nie rozstrzygają tego, na którym z tych spektakli byliśmy wtedy razem, pewien jestem jednak, że w ten śnieżny zimowy wieczór wyszliśmy wtedy z teatru i ja tego orła dla Marty wywinąłem.
Mogło to jednak być jeszcze inaczej, nie po wyjściu z teatru, lecz z kawiarni, mianowicie Nowy Świat, w której swój pierwszy recital autorski miał Wojtek Młynarski, mój kolega ze studiów magisterskich, a nie doktoranckich, nawet z obozu wojskowego w Wałczu, o czym już parokrotnie wspominałem, a kiedyś może napiszę, bo barwnie się tam działo, jak to w wojsku, zwłaszcza studenckim. I znowu dane faktyczne, które staram się zaczerpnąć z dostępnych źródeł, raczej przeczą moim wspomnieniom, niż je potwierdzają. Wikipedia bowiem, do której zaglądam, mówi nam, że w styczniu 1965 roku w kawiarni Nowy Świat, rozpoczął swoje występy Kabaret Dudek, do którego Edward Dziewoński zaprosił osobiście początkującego wtedy Wojciecha Młynarskiego. To by się zgadzało, co do pory roku i stanu pogody, bo taki śnieżny wieczór w styczniu tamtego odległego roku jest całkiem prawdopodobny, ale nie zgadza się, co do danych kulturalnych. Jestem bowiem pewien, że na tym wieczorze w kawiarni Nowy Świat, usłyszeliśmy po raz pierwszy tę piosenkę Wojciecha Młynarskiego, która stała się na długie lata, podobnie jak Niedziela na Głównym czy dużo później Róbmy swoje, jego sygnaturą artystyczną, mianowicie W co się bawić. Dane faktyczne znowu się ze mną nie zgadzają, bo widnieje w nich zapis, że piosenkę tę wykonywał w kabarecie Dudek Wiesław Gołas, a ja wiem, że wykonał ją sam autor, bo po spektaklu winszowałem mu i powiedziałem, że to jest utwór, jak Tango Mrożka. A jego to dość ujęło, bo będąc prawdziwym poetą, uchodził jeszcze za „tekściarza” i był wrażliwy na literackie nobilitacje. Niestety tu się znowu coś nie zgadza, bo w pobliżu skrzyżowania Nowego Światu ze Świętokrzyską nie ma żadnego takiego placyku, na którym mógłbym w śnieżny styczniowy wieczór swego orła dla Marty wywinąć, więc musimy przyjąć, że ważniejszy jest czas wspomnień niż faktów.
Ze wspomnień tych wynika niezbicie, że poznaliśmy się i zaprzyjaźnili, a nawet może trochę więcej, bo ja niewątpliwie Martę wielbiłem, na co ona łaskawie przyzwalała, w czasie wyznaczanym przez Kartotekę, Tango i W co się bawić. To nie są może wszystkie artystyczne oznaki tamtego gęstego w wydarzenia kulturalne czasu naszych studiów doktoranckich, i można by do nich dorzucić Miazgę Jerzego Andrzejewskiego, z ekscytującym fragmentem opublikowanym przez „Twórczość”, Sennik współczesny Tadeusza Konwickiego, który stał się wyróżnionym prozaikiem późniejszych krytyk literackich Marty Wyki oraz jeszcze jeden tytuł Tadeusza Różewicza, dający przez pewien też czas (znowu ta niepewność czasu) nazwę tej międzyepoce: Nasza mała stabilizacja. Była to złudna, jak wiemy, stabilizacja, podszyta więcej niż niepokojem, bo właściwie podminowana i eksplozji ukrytych w niej ładunków, mieliśmy wkrótce doświadczyć, ale była to nasza stabilizacja, w tym bardzo elementarnym sensie, że byliśmy z przekonania, nie z wyrachowania, gdyż byłoby ono mylne, na studiach doktoranckich i poważnie oraz uważnie pracowaliśmy nad swoimi doktoratami. Jeszcze nie było zdjęcia Dziadów Dejmka ze sceny Teatru Narodowego, jednak kampania, jakiej poddano Popioły Andrzeja Wajdy, koniec naszej małej uprawianej stabilizacji zapowiadała.
I tak na myśl o tym, że czcimy właśnie półwiecze doktoratu Marty Wyki, co znowu wtrąca mnie w otchłań pytania o czas, odsłaniają mi się, nawarstwiają i sklepiają pokłady pamięci z naszymi Lehrjahre związane, potem zaś rozchodzą i rozpękają. Już powiedziałem, że poważnie traktowaliśmy swoje studia i prace, przebiegające w różnych, lecz sąsiednich instytucjach, bo moje na polonistyce uniwersyteckiej, a jej w iblowskiej, spotykaliśmy się też na seminariach i w środowisku koleżeńsko-przyjacielskim, co zażyłości sprzyjało. Warto może wspomnieć, że rozrywkowo oraz edukacyjnie czytywaliśmy Maigrety Georgesa Simenona i słuchaliśmy też pieśni Brela i Brassensa, z płyt przywiezionych przez stypendialnych szczęściarzy. Mnożyły się wtedy również kółka i krążki, półjawne i niejawne, teoretyczne i aktywistyczne, wszystkie razem, jako zjawisko, zapowiadające koniec „naszej małej stabilizacji”. Marta przezornie tym bardziej skupiała się na swojej pracy naukowej, czego niestety o mnie nie daje się powiedzieć. A ponieważ wszystko tu razem, powtarzam, nawarstwiało się i sklepiało a także rozchodziło się i rozpękało, więc dzień obrony doktoratu Marty był nie tylko kulminacją jej studiów doktoranckich, ale także, mających główny swój ośrodek w moim uniwersytecie wydarzeń Marca 1968. Czy warto zapewniać kogokolwiek, że Marta napisała pracę znakomitą i jedyne, co można byłoby do niej dodać, to deklamację Inge Bartach, będącą wówczas pewnym rytuałem; Jej obrona, rzecz jasna, była błyskotliwa i przyjęta summa cum laude; bankiet oficjalny, zapewne przyjemny, zanikł mi w pamięci, ponieważ ważniejszy był prywatny, który, jak zwykle, nastąpił potem. W szczupłym, zatem ścisłym już gronie pojechaliśmy do jednego z przyjaciół (był nim Ryś Przybylski) i tam, w jego ówczesnej kajucie raczej niż kawalerce, zabawom i śpiewom nie byłoby końca, gdyby nie to, że byłem umówiony na redagowanie rezolucji, która potrzebna była na jutro, a okazała się Deklaracją Ruchu Studenckiego. I tak pożegnałem się z Martą tego wieczoru, skutkiem czego mój doktorat spóźnił się o czas dwukrotnych studiów doktoranckich, których zresztą nie odbyłem, ale nigdy naprawdę się nie rozstaliśmy, o czym najlepiej świadczy dzisiejsze spotkanie, po którym znowu, dla Marty, jestem gotów wywinąć orła, jeśli tylko spadnie śnieg. Czymże bowiem jest czas…

Zapis dedykowany

Od kilkudziesięciu lat staraliśmy się szczególnymi myślami i pracami, drobnymi krokami, znakami i gestami, rozluźniać ten bolesny splot polsko-żydowski (polsko-niemiecki, polsko-ukraiński, polsko-litewski…) tak, aby można było w nim swobodniej oddychać i nie przemieniał się on w duszącą nas pętlę. Kim byliśmy? Och0tniczym korpusem pokoju, który nie został zorganizowany, armią wolontariuszy, którzy powoływali sami siebie, a rozsiani byli po całym kraju i poza jego granicami – spotykałem ich nie tylko w Lublinie, Sejnach i Olsztynie, ale także w Wąsewie, Żarach, Kaliszu oraz we Lwowie i w Nancy. Różniliśmy się genealogiami i poglądami, typami wykształcenia i sposobami ujęcia, jak bywa to na każdym uniwersytecie, potrafiliśmy ze sobą debatować  i spierać się do imentu, jak zdarza się to na prawdziwych seminariach, i po nich. Ale jedno nas łączyło – poczucie wspólnego zobowiązania wobec całej dramatycznej przeszłości i przeświadczenie, że przyszłość musi być lepsza, choć nie spełni się nazajutrz. Ale z dnia na dzień, na pewno z roku na rok, było nieco lepiej, co znaczyło, że przybliżamy się do siebie, czyli do prawdy – w całej jej międzyludzkiej złożoności, uczuciowej wrażliwości, intelektualnej niepewności.

Uchwalona jednej nocy, w panicznym pośpiechu, ustawa, rozdarła gwałtem tę zwiewną tkaninę i cofnęła nas do punktu wyjścia, a może i przed niego.

Co robić? Ciągle to samo. Nie ma innej drogi i innych sposobów. Zawsze byliśmy świadomi, że to praca na pokolenia.

Krzysztofowi Czyżewskiemu przypisuję – z podzięką za Małe centrum świata. Zapiski praktyka idei. Fundacja Pogranicze, Sejny 2017.

 

Humanista

Zmarł Jerzy Jedlicki.

Jak ważnym był historykiem – pisałem kilkakrotnie. Moje myślenie o Polsce pozostanie na zawsze z tym związane.

Jakim był człowiekiem?

Najlepszym Jego świadectwem jest to, co powiedział o Janie Strzeleckim: był człowiekiem otwartej dłoni.

 

Wpis pożegnalny

Początki naszej znajomości ze Zbyszkiem Osińskim toną, rzec można, w mroku dziejów, ponieważ sięgają połowy XX wieku. Trzeba takiej ostatecznej, żałobnej okazji, aby uprzytomnić sobie, że tamta epoka jest od współczesnych bardziej odległa, niż dla nas, w latach naszych studiów, była epoka Młodej Polski. Nasz czas jednak jest podwójnie omroczony, nie tylko dystansem lat i dziejowych wstrząsów, lecz także tendencyjnym namotaniem wmówień, które Polskę Ludową czynią jedną, wielką “czarną dziurą”. A my dojrzewaliśmy w latach popaździernikowych, otoczeni i podniecani erupcjami ówczesnej kultury studenckiej, która prawdopodobnie nie miała sobie równych na świecie i tryskała wszędzie: w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku, a także w Łodzi i w Gliwicach*. Bez całego tego, masowego właściwie podglebia, nie byłoby takich objawień, jak twórczość Zbigniewa Cybulskiego, Jerzego Grotowskiego, Agnieszki Osieckiej, Wojtka Młynarskiego. W tym kręgu Zbyszek Osiński odnalazł Teatr Laboratorium i związał się z nim na całe życie, a ja czar teatru przeżyłem wśród twórców wrocławskiego Kalambura.

Potem, około połowy lat siedemdziesiątych, spotkaliśmy się w Katedrze Teorii Literatury Wydziału Polonistyki UW, w której zostaliśmy kolegami, nie czując się w niej dobrze, gdyż była okaleczona pomarcowymi ekspulsjami. Więc jak tylko nadarzyła się okazja, a było nią tworzenie Katedry Kultury Polskiej, wzięliśmy w niej świadomy i zdecydowany udział. Był to czas naszego najlepszego koleżeństwa, bo nie pamiętam już, ani nie przytoczę, rozlicznych, dociekliwych spotkań i rozmów, kształtujących program tej Katedry. Po dekadach owocnego rozwoju, przytajonego, ale nie powstrzymanego przez stan wojenny, przekształciliśmy Katedrę w Instytut, co bez poparcia profesora Osińskiego nie byłoby możliwe. Czy wraz z tym rozwojem i przemianami, nasze dobre stosunki koleżeńskie się pogarszały, aż doprowadziły do rozstania, bo Zbyszek na parę lat przed emeryturą, przeniósł się do innego instytutu? Byliśmy zawsze różni, ścieraliśmy się nie jeden raz, przez długie dekady wielostrunnej współpracy, zawsze twarzą w twarz, z poczuciem wzajemnego szacunku. Czy to ja kiedyś powiedziałem o słowo za dużo, czy też odezwał się, przypomniany ostatnio, frazes Kornela Ujejskiego, tego nie rozstrzygnę. Nigdy jednak nie przestałem żałować, że przed moim także odejściem na emeryturę, Instytut Kultury Polskiej został opuszczony przez profesora Zbigniewa Osińskiego.

Zbyszek Osiński, jako uczony, pośród licznych swoich właściwości, miał i tę, coraz dzisiaj rzadszą, że był pasjonatem archiwistyki. Kiedyś przed laty, zdradził mi w osobistej rozmowie, że bardzo sobie cenił, filologiczne seminaria Zygmunta Szweykowskiego, na które w Uniwersytecie Adama Mickiewicza, uczęszczał jako student. Profesor Szweykowski, urodzony pod koniec XIX wieku, a pracę naukową rozpoczynający przed wojną, wydał kilkadziesiąt tomów pism Bolesława Prusa i mógł nam się wydawać antykiem. Ale i ja zahaczyłem, podczas swoich studiów, o seminaria, podobnie wiekowej i zasłużonej, profesor Zofii Szmydtowej, więc wyznanie Zbyszka przyjąłem ze zrozumieniem. Bardzo byliśmy obaj, choć na różne sposoby, zmodernizowani, ale ze starodawnymi, jak widać, sentymentami. Zbyszek trwałość tych sentymentów poświadczył swoimi licznymi edycjami źródłowymi, podstawowymi dla dziejów nowoczesnego teatru polskiego. Pewnego dnia i ja zostałem przypuszczony do jego odkryć – wspomniał mi najpierw o listach Mieczysława Limanowskiego dotyczących Stanisława Brzozowskiego, a następnie ich kserokopie, wzbogacone osobistym opisem, podarował. Dziękuję, skorzystałem, przekazałem do Działu Rękopisów Biblioteki Narodowej, niech służą.

*Polecam, przy okazji, monumentalną panoramę, pod redakcją Edwarda Chudzińskiego: Kultura studencka. Zjawisko-Twórcy-Instytucje. Fundacja Stu, Kraków 2011.

Next Page »