Tylko to…

Flaubert wyrzucał jednemu ze swoich kolegów, że porzucił gęsie pióro na rzecz obsadki ze stalówką…

Skała

Film braci Sekielskich (Tylko  nie mów nikomu) jest przejmujący, dlatego, że dociekliwy i powściągliwy. Wstrząsa widzem krzywda dzieci podstępnie wykorzystywanych; złamani starcy wykręcający się od prostego wyznania nie budzą współczucia. Jednak najbardziej wymowna jest milcząca przez dekady i unikająca odpowiedzialności moc korporacji. To jest skała i kropla, także prymasowska, niestety jej nie kruszy.

Właśnie czytam, że kryminalista K., decyzją Watykanu usunięty ze stanu kapłańskiego, był przez miesiąc chroniony przez odpowiednią kurię. I to on, jeśli dobrze kojarzę, został sfilmowany, jako odprawiający msze, rzekomo “prywatne”.

Episkopat w niedawnym oświadczeniu przyjął rok 1990, jako początkowy dla swoich badań. A dlaczego właściwie ta data polityczna ma wyznaczać granicę ludzkich cierpień? Przecież nie dlatego, żeby zadośćuczynić wszystkim żyjącym ofiarom (wielu sprzed 1990), tylko po to, żeby ograniczyć odpowiedzialność. Bo taki jest interes korporacji.

Tydzień po tygodniu

Po różowym tygodniu przyszedł czarny.

Różowym mogę nazwać czas świąteczny, spędzony z moją, kochaną siostrą Letą, w jej żarskim mieszkaniu, które jest przecież i moim chłopięcym, młodzieńczym. Coś tam nas razem otwiera i nasyca, mogę godzinami wypytywać ją o przedwojenne i wojenne życie naszej rodziny, wspominać lata szkolne, a potem rozwiązujemy razem krzyżówki, albo oglądamy telewizję, wiadomości lokalne, globalne, trafił się też “Ben Hur”. Być z nią, w jej 96-tym roku życia, to jest coś więcej niż powinność, to jest szczęście.

Spotkanie w żarskim domu kultury też udane. Ponad 50 osób, cisza, jak makiem zasiał, kiedy opowiadam o powstawaniu “Toastu na progu”. A potem pytania i rozmowy, najwięcej z Ireną Marciniak, która to wszystko sprawiła i mną się opiekuje. Moja sympatia z lat licealnych – chwilo trwaj!

Czarny tydzień zaczyna się od wieści o śmierci Grażyny Pomian, która doszła mnie jeszcze w Żarach. Ona nie mogła już być obecna na tej wspaniałej konferencji paryskiej poświęconej Krzysztofowi, ale była z nami we wspomnieniu, pytaniach, zadumie. Wiedziałem, że od paru już lat jest chora i że choroba postępuje, bo właściwie nie ma na nią sposobu, ale to nagłe, ostateczne odejście to cios dla Krzysia. Dla przyjaciół – żal i współczucie.

Potem zaraz Karol Modzelewski. Był w Paryżu na tej konferencji, przyjechał pociągiem pod opieką Gosi, bo nie mógł już latać samolotem. Ale przybył, żeby uczcić przyjaciela, wniósł swoim świetnym wystąpieniem oddech dziejącej się historii (w 1956 roku), a potem popijaliśmy winko i to nie raz: wieczorkiem, w jadalni Lauristonu, przy biesiadnym stole, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni i tym  przyjaznym, trochę tajemniczym uśmiechem na ustach. Tak Go widzę raz ostatni – niech zostanie.

A przedwczoraj dzwoni Jacek Migasiński (też był w Paryżu), z wiadomością, że nie żyje Wiktor Szkiełko. Wiktor był naszym kumplem z wielu dawniej przepływanych dni, na jeziorach mazurskich i augustowskich. Nie był osobą publiczną, był świetnym żeglarzem, serdecznym, ciepłym człowiekiem. Nazywaliśmy go “Szkiełeczko” i to zdrobnienie Wiktora objaśnia.

Solidarność

        Nie mogę uwierzyć w pożar Katedry Notre Dame, ponieważ nie wierzę w realność obrazów telewizyjnych. Podczas ataku na Twin Towers w Nowym Jorku, akurat włączyłem telewizor i widziałem z bliska ten drugi samolot wbijający się w wieżę, wydawało mi się to jednak zdarzeniem wirtualnym. Z katastrofą smoleńską było inaczej, ale byłem na wsi, nie miałem telewizora i usłyszałem o niej w radio. Zdaje się, że wyrosłem w czasach, w których najważniejsze wiadomości przynosiło radio i mam do niego inny stosunek poznawczy.

       Tak się szczęśliwie złożyło, że na parę dni przed tym niewiarygodnym nieszczęściem, w Paryżu również, braliśmy udział w międzynarodowym kolokwium, poświęconym Krzysztofowi Pomianowi (zob. program poniżej). Pozwalam sobie zacytować list dziękczynny, jaki napisał po jego zakończeniu, profesor Eli Barnavi, odpowiadając na podziękowania organizatorów:

       “To my powinniśmy podziękować wszystkim organizatorom i organizatorkom za absolutnie doskonały sposób prowadzenia, od początku do końca, tego imponującego wydarzenia. W życiu swoim widziałem i organizowałem konferencje, ale ta tutaj, łącząca erudycję, serdeczną pamięć i przyjaźń, nie przypomina żadnej innej. Wszystkie moje gratulacje”.

             Jesteśmy solidarni w uznaniu i we współczuciu.

Wzbogacanie

W książce Marty Rakoczy (Polityki pisma. Szkice plenerowe z pajdocentrycznej nowoczesności, Oficyna Naukowa, Warszawa 2018), którą  od niej otrzymałem, z przypisaniem, które sobie tajnie podczytuję, najbardziej zdumiewające jest, ciągle rzadkie w naszej humanistyce, zestrojenie osobistego doświadczenia z najbardziej wyszukanymi, refleksyjnie przyjmowanymi teoriami piśmienności. Marta literaturę tych teorii ma, rzec można, w małym palcu, ale jest też matką córek, którym książkę dedykuje, a nie jest to akt formalny, bo czytając ją, czuje się, jak te dzieci są w jej twórczości współobecne, albo też współmyślane. Autorką nie powoduje tylko pytanie: co pismo robi z dziećmi?, choć porusza ono główne jej wywody, ale także pasjonująca, całkiem świeża, kwestia: co z pismem robią dzieci? Urzeka mnie opinia, że linearnej sekwencyjności pisma przeciwstawiają one taneczną swobodę rytmiczną. Ale – jeśli dobrze rozumiem autorkę – nie tyle przeciwstawiają, co uzupełniają, albo dopełniają. Ponieważ jest ona świadoma ograniczeń “polityk pisma”, ale ich po prostu nie odrzuca, lecz refleksyjnie krytykuje, w imię wzbogacenia całej nowoczesnej edukacji.

Wyjaśnienie

Od kilku tygodni mam nie całkiem sprawną prawą rękę, pisanie, zwłaszcza przy pomocy klawiatury, sprawia mi dodatkowy trud, więc zalegam z listami, odpowiedziami, podziękowaniami, co proszę przyjąć ze zrozumieniem. Poprawa już jest blisko. Z pozdrowieniem!

Zadanie

“Seksualizacja dzieci” jest propagandowym wymysłem tego samego rodzaju i tej samej klasy, co “zaraza imigrantów”. Problem jednak nie polega na tym, żeby obśmiać ją i autora, tylko żeby przypomnieć sobie, że “zaraza” realnie zadziałała, bo wyborcy zmienili swój stosunek do imigrantów (przychylność spadła chyba o kilkadziesiąt procent).

Przeciwdziałać skutecznie, to nie znaczy drwić i odrzucać, lecz własnym głosem pozyskać obywateli. Trzeba ich przekonać, że zapewnia się  wolność osobie, otwartość społeczeństwa i powszechność demokracji. Trzeba umieć to przekuć w hasła wyborcze: “to wszystko dla ciebie, dla was! I bez ciebie, bez was tego nie będzie!”

Ale nie widzę nikogo, kto by to potrafił.

Podzięka

Po spotkaniu w Łomży, które było całkiem ludne, wyraźnie ożywcze i dla mnie pouczające, co mogę napisać? Że było mi łatwo, bo miałem poczucie wzajemnego zrozumienia z uczestnikami mającymi podobne rodowody, zbliżone problemy i pytania o przyszłość. Wszyscy razem dość dobrze wiemy, jaka była przeszłość, ale nie wiemy, jaka będzie (ma być?) przyszłość naszej kultury i o nią się troskamy.

Jeśli książka (Toast na progu) po półtora roku od jej wydania, ma taki żywy odzew, to znaczy, że nie jest martwa.

Dziękuję, że oddał Pan hołd ludziom takim jak tata, a poniekąd dał wartościowy punkt odniesienia ich dzieciom, wnukom, dalekim potomkom.

Tak pisze do mnie pani Julia Święszkowska, która spotkanie to opiekuńczo przygotowała i znakomicie prowadziła. Czego chcieć więcej?

 

Dwuznaczność

Z przyjemnością notuję, że udało mi się wreszcie być w operze poznańskiej i to na premierze Fausta Gounoda(16 lutego) .

Wedle opowieści mojego ojca, który będąc czeladnikiem krawieckim w Poznaniu przed pierwszą wielką wojną (w 1916 został wcielony do armii pruskiej i służył na froncie zachodnim, w okolicach Ostendy), chadzał do tej opery, na tak zwaną “jaskółkę”. A na pewno, w odróżnieniu ode mnie, umiał nucić różne arie operowe.

Zobaczyłem więc wreszcie to wnętrze, które olśniło mnie złotem i amarantem, ujęło harmonijnym eklektyzmem (gmach zbudowano około 1908), wyraźnie, rzecz jasna, kaiserowskim, nie  królewskim i nie mieszczańskim.

Zapoznałem się również pobieżnie z premierową publicznością, zalecającą się wielostronnym przekrojem społecznym (od notabli miejskich do majstrów rzemieślniczych), zidentyfikowałem loże reprezentacyjne i marginalne miejsca na trzecim balkonie, które zapewne nazywano ową “jaskółką”, choć czeladników na nich nie dostrzegłem. Ale jak dziś odróżnić po wyglądzie czeladnika od studenta? Ten drugi może być ubrany byle jak i trochę takich było.

Co do samego spektaklu pozostawił mnie on w pewnej ambiwalencji… Podziwiam operę jako Gesamtkunstwerk, a wszechstronne zestrojenie wszystkich jej właściwości cechuje mistrzów. Poznańskiego Fausta Gounoda inscenizowała młoda reżyserka Karolina Sofulak i nadała mu własną wizję, tonację, rytmy i wydźwięki. Demiurgiczną musi ona mieć moc, skoro wszystkiemu sprostała, ale nie mogła poradzić temu, że głosy śpiewacze miała słabsze i zarówno Faust, jak i Małgorzata nie unieśli swoich ról. Sceny zbiorowe natomiast rozegrane zostały mistrzowsko, zarówno muzycznie, jak choreograficznie.

I tu właśnie kryje się pewna dwuznaczność tego performansu. Faszystoidalna, by tak rzec, manifestacja, czarnych bojówkarzy jest tak sugestywnie odegrana, że prawie wychodzi ze sceny i widzów porywa…

Może jednak operom klasycznym trzeba raczej wzmacniać działanie liryczne?

 

 

 

 

Motto

Nie mam czasu,

Piszę o zmarłych,

Gotów do odejścia.

 

(Dariusz Łukaszewski, Odejścia, Pracownia na Piaskach, Cieszyn 2017, s. 12)

Ze spóźnioną, lecz ciągle pamiętaną podzięką dla Autora.

 

Next Page »