Przypomnienie

Litości dla nas walczących zawsze na krańcach

bezkresu i przyszłości

Litości dla naszych błędów litości dla naszych grzechów

 

(Guillaume Apollinaire, Prześliczna rudowłosa, przekład Adama Ważyka). 

Transformacja

Wczoraj na tylnych drzwiach wyprzedzającej mnie bagażówki taki napis:

“Chrześcijańska księgarnia

BOGULANDIA

Warszawa, ul. Ząbkowska 22,24,26″.

A gdzie to jest? W obecnym Koneserze, czyli w dawnym Monopolu!

“Bogulandia” w “Monopolu”? W Polsce czyli nigdzie…

 

Memento

Szpetnej miłości rodaków nie szukaj,

bo za nią idzie żelazo i stryczek,

kiedy ktoś zhańbi dziecko cnych biedaków.

(Eurypides, Erechteus, fragmenty, przełożył Jerzy Łanowski)

Bezradność

Wszyscy teraz mówią “ewidentnie” zamiast “oczywiście”, a ja staram się pojąć, jaki przymus tu działa? Jakieś trzydzieści lat temu wyjaśniałem swoim seminarzystom, że “ewidentne” jest to, co intelektualne, “oczywiste” natomiast to, co zmysłowe (“naoczne”). Wychodzi na to, że jestem ostatnim z tych, którzy rozróżnienie to, będące pokłosiem kultury językowej filozoficznej szkoły lwowsko-warszawskiej, respektują.

Ale jaka siła działa w tym powszechnym podmienianiu? Żadnego sensu semantycznego w tym nie ma, przeto czynnik jest “pozamerytoryczny”. Więc jaki? Psychospołeczny – wypowiadając słowo o wydźwięku łacińskim, wydają się sami sobie bardziej intelektualni oraz uniwersalni.

Przytłaczająca większość tych gadających, łaciny nigdy nie słyszała na własne uszy i nie domyśla się nawet, że podlega kulturowym przymusom. Wobec których jesteśmy bezradni.

 

PS

Te dziewczyny ze Szmuglerów nie były jakimiś zawodowymi prostytutkami, tylko utrzymywały się przy życiu, tak jak mogły, bo innych środków nie było.  A kiedy dołączyły do szmuglerów, to okazały się zaradne, zgrane, niezawodne i serdeczne. To jak je nazwać po polsku? Starałem się nie najgorzej – ladacznice, nierządnice - ale to właściwie im uwłacza.

Nie ma w polszczyźnie dobrego słowa na takie dobre dziewczyny.

Literacka zdobycz

Ojzer Warszawski, Szmuglerzy. Powieść w trzech częściach z rysunkami Józefa Seidenbeutla. Przełożyły z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska i Magdalena Ruta. Stowarzyszenie nad Bzura. Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Sochaczew-Lublin 2018.

Dostałem tę książkę od mego powinowatego i przyjaciela Jurka Jeznacha, który jest rodowitym sochaczewianinem (obecnie podobnym emerytem jak ja, z SGGW) i przeczytałem od ręki, już jakiś czas temu, tylko ten wpis mi się spóźnił, dlatego, że wcale nie jest łatwy.

Ojzer Warszawski urodził się w Sochaczewie w roku 1898, powieść tę napisał podczas pierwszej wojny światowej, a wydał w roku 1920, z pewnym powodzeniem. Już w 1922 roku wyjechał jednak do Paryża i tam został malarzem i krytykiem sztuki. Podczas drugiej wojny ukrywał się we Francji, potem we Włoszech, gestapo aresztowało go w Rzymie, przed samym wyzwoleniem miasta i zesłało do Auschwitz, w którym zginął w 1944. Życiorysu nie streszczam, odsyłam do przedmowy Szmuglerów oraz do Wikipedii, zwłaszcza francuskiej.

Szmuglerzy nie są utworem porywającym, ale niezmiernie charakterystycznym i powinny istnieć w kulturze polskiej, chociaż nie należą do literatury polskiej, pozostając wybitnym przykładem żydowskiego naturalizmu. Dzieją się jednak w Sochaczewie i w Warszawie, podczas okupacji niemieckiej, zatem po roku 1915 a bohaterowie, którymi są głównie małomiasteczkowi wozacy oraz warszawskie ladacznice zajmują się szmuglem, nie kontynentalnym, lecz lokalnym – z okolicznych wsi do głodującej metropolii i to nie żadnych frykasów, lecz zbóż, ziemniaków i wyjątkowo jakiejś rąbanki. Nie znam, niestety, drugorzędnej prozy polskiej tamtego czasu, ale przegląd podręcznych opracowań zdaje się potwierdzać  moje mniemanie o Szmuglerach. W języku polskim nie napisano tak szczegółowego i wiarygodnego świadectwa życia codziennego podczas tamtej okupacji niemieckiej i pod tym przynajmniej względem Ojzer Warszawski jest pisarzem niezastąpionym. Wiemy, że Warszawa wtedy głodowała, mamy o tym drobne wzmianki w dziennikach Nałkowskiej i Dąbrowskiej, ale tylko Szmuglerzy dają rozwinięty, nieomal panoramiczny obraz ówczesnych nocy i dni. Również symbiotyczna współpraca żydowskich woźniców i polskich nierządnic w uprawianiu życiodajnego przemytu, powinna być pamiętana, jako świadectwo czasów nieomal przedpotopowych.

Świetne rysunki Seidenbeutela są ilustracjami epizodów tekstu, przekład czytam płynnie, a Stowarzyszeniu nad Bzurą winszuję tej zdobyczy.

 

 

Z atencją licealisty

Zmarł Stefan Bratkowski.

Tylko sześć lat starszy ode mnie, był jedną z legend polskiego Października, gdy ja żarskim licealistą. Wstąpiłem wtedy do Rewolucyjnego Związku Młodzieży, który On zakładał. Około roku 1960, gdy Go poznałem, inicjował przekształcanie studenckiego tygodnika “Od nowa” w magazyn ilustrowany “itd”. Czyli tradycyjnego polskiego tygodnika społeczno-kulturalnego (“studentów i młodej inteligencji”, jak “Po prostu”, którego “Od nowa” była następcą) w amerykano podobny “illustrated magazine”. Brałem udział w tej akcji i słuchałem Stefana jak wyroczni.  Można powiedzieć, że przewidział on i wyprzedzał te przemiany prasy drukowanej, jakie nastąpiły u nas dopiero na przełomie wieków, a których efektem jest cały repertuar lśniących, kolorowych magazynów na półkach empików. Wtedy wyszło, jak wyszło – “itd”, choć ze świetnymi zdjęciami Sławka Biegańskiego, było szarawe, bo inne w tamtych warunkach być nie mogło. Spełniło jednak swoją rolę, zdobyło studenckich czytelników, a wyrósł z niego później Aleksander Kwaśniewski.

Co do mnie natomiast – pracowałem tam z początku, ale zrozumiałem, że dziennikarstwo nie jest marzeniem mojego życia i odszedłem z pisma do pracy naukowej, zamieniając redakcję na doktoranturę. Zawsze jednak pisywałem do gazet, a do Stefana, niezrównanie koleżeńskiego, odnosiłem się z niezmienną atencją licealisty. I tak też Go żegnam. 

Ostatnie zdjęcie Dżosi

Dżosia

31 marca 2021, fot. Jan Mencwel, czyli Jaś.

Hańba

Moja wnuczka Zosia, z ramienia odpowiedniej fundacji, opiekuje się dwojgiem dzieci uchodźców (rodzice: Azjatka i Afrykanin). Uczy ich języka i stara się oswoić z Polską i Polakami. Jest to nadzwyczaj trudne, prawie niemożliwe, bo chociaż są oni już sporo lat w Polsce, to odrzucają nas i język. Dlaczego? Przecież chodzili już do szkoły i spędzali czas z miejscowymi dziećmi. Właśnie dlatego! Na takie bowiem natrafili drwiny, wstręty i wrogość, że poczuli się boleśnie odrzuceni. I odrzuceniem odpowiedzieli na odrzucenie.

Ci którzy tę wrogość podsycali będą się smażyć w piekle, bo dla nich ono istnieje. Czym innym jest bowiem odpowiednia regulacja napływu uchodźców i przygotowanie należytych warunków bytu oraz adaptacji do rodzimego otoczenia, a czym innym podniecanie ciemnych instynktów i wzniecanie nienawiści. A to nie uliczna żulia tę nienawiść wzniecała, lecz przedstawiciele władz, otwarcie strasząc chorobami i pasożytami.

A kto by zgorszył  jednego z tych maluczkich, wierzących we mnie, takiemu lepiej by było, aby mu uwiązano kamień młyński u szyi jego i wrzucono w morze. (Marek, 9, 42)

Zgorszyli i to niejednego. Nie pociesza mnie to, że pójdą do piekła, martwi mnie hańba, jaką nas okryli. Będzie trwać przez pokolenia.

***

Wyobrażam sobie, że nasza ziemia drży podskórnie, ponieważ wszystkie pogrzebione w niej istoty, także spopielone, zostały w podziemiu zachowane i czekają na nowe wcielenia.  

Next Page »