Telewizja
15/05/2012
Dwie starsze panie, tak już starsze, że niedzielną mszę oglądają w porannej telewizji.
A potem piją sobie kawę i jedna z nich mówi:
- Widziałaś jakie on miał rączki, ten co dzisiaj odprawiał?
- Widziałam, delikatne jak panienka!
- Pewnie chodzi do manikurzystki…
***
14/05/2012
Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Historyk, socjalista, pamiętnikarz. Instytut Wydawniczy “Książka i prasa”, Warszawa 2012.
Przeczytałem z uwagą. Osobowość integralna i jedna z nici tej historii, która żywo mnie zajmuje. Mam nadzieję, że to tylko biografii zapowiedź, a nie jej zamknięcie!
Nie wiem komu dziękować – Autorowi czy Polskiej Partii Socjalistycznej, która była nadawcą przesyłki. Ale – szczerze dziękuję.
Komunizm florencki
09/05/2012
Opowiadam o tej Florencji i galerii Uffizi, bo znowu w niej byłem, tym razem z Zosią i Marysią, czyli moimi wnuczkami, które może udało mi się natchnąć moim nieustającym zachwytem, opowiadam mu więc o swoim zachwycie, a on patrzy na mnie trochę tak, jakbym był jakimś niedowarzonym chłopięciem i z tym swoim wyższym wydęciem ust mówi:
- E…, tam…, a Luwr, British, Ermitaż…
A ja mu na to rozzłoszczony:
- To są wielkie kosmopolityczne zbiorowiska, częściowo pochodzące z rabunku. A Uffizi – to jest muzeum gminne. Wyobraź sobie, że Giotto, Ucello, Lippi, Pierro della Francesca, Botticelli, Leonardo da Vinci, Rafael, Andrea del Sarto, Michał Anioł, Verocchio, Mantegna, Corregio i Caravaggio byli malarzami florenckimi i we Florencji na zawsze pozostali. Gdzie jeszcze na świecie masz coś podobnego? Oni należą symbolicznie do tej samej Commune di Firenze, której insygnia masz dzisiaj na wozach straży pożarnej i koszach na śmieci. Taki to jest komunizm florencki!
I tym zdaniem raczej go dobiłem niż przekonałem.
Przyjemne z pożytecznym
25/04/2012
Zapytują mnie, a i zapytuję sam siebie, czemu nie mieszam się do “kwestii smoleńskiej” i nie komentuję tego, co nie tyle się dzieje, ile raczej wydarza. Nie chcę wdawać się w tą szamotaninę i skazić jej językiem oraz manierami, a gdyby należycie ją skomentować, czyli w jakiejś mierze wyjaśnić, trzeba by napisać broszurkę polemiczną w stylu Genealogii teraźniejszości Świętochowskiego. Na to jednak nie mam teraz czasu, a może i atłasu.
Czas ostatnio spędzam przyjemnie i pożytecznie, w zgodzie ze sobą. W poniedziałek dyskutowaliśmy o biografii Ludwika Rajchmana, który jest postacią historii światowej, a we wtorek mieliśmy spotkanie z delegacją francuską, poświęcone Januszowi Korczakowi. Tak się składa, że obaj ci wielcy twórcy spełnionych utopii dziecięcych (Dom Sierot i UNICEF), byli właściwie rówieśnikami (ur. 1878-Korczak; 1881-Rajchman) Polakami pochodzącymi z asymilowanych od pokoleń rodzin żydowskich, “Warszawiakami” czyli ludźmi uformowanymi w kręgu lewicy kulturalnej przełomu wieków XIX i XX, lekarzami i wychowawcami, a każda zawężona do jednej profesji ich kwalifikacja, ogranicza lub kawałkuje całościowe znaczenie ich dzieł. Więc lubię o nich rozprawiać jako o “filozofach praktyki” i jeszcze parę razy mi się to w tym roku przytrafi (wkrótce Lipsk, a potem Kijów).
To chyba zrozumiałe, że nie mam się tutaj do czego mieszać.
Ostrowidz i zaślepienie
18/04/2012
Saul Friedlander, Refleksy nazizmu. Esej o kiczu i śmierci. Przełożył Marcin Szuster. Wstęp Paweł Śpiewak. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011. Z podzięką dla Redaktora Burka!
To brawurowo napisany esej, którego motto można wziąć z Brzozowskiego: “każde zaprzeczenie ma w sobie naturę tego <tak>, przeciw któremu się zwraca”. Polimorfizm nazizmu i jego wnikanie w różne postawy fascynuje autora i czyni go krytycznym ostrowidzem.
Pierwszymi pisarzami europejskimi, którzy otworzyli naszą wrażliwość na takie metamorfozy i nastawili do nich krytycznie, zaraz po wojnie, byli Tadeusz Borowski i Tadeusz Różewicz. Nie znajduję jednak żadnych do nich odwołań, ani w tekście eseju, ani we wstępie Pawła Śpiewaka, ani też w zapisie dyskusji, którą opublikowała “Kultura Liberalna”.
Jak widać zauroczenie łatwo przechodzi w zaślepienie.
Oko za oko
Zadziwił mnie Paweł Lisicki, dlatego potrzymałem sobie jego komentarz parę tygodni, aby ochłonąć. Ale po ich upływie nic się nie zmieniło i w zadziwieniu pozostaję nadal. Napisał on mianowicie tak:
To, co zmienia perspektywę i pozwala uzasadnić stosowane przez Amerykanów środki i zgodę na wydanie im bazy, to sposób prowadzenia walki przez islamistów. Terroryści nie mieli żadnych skrupułów. Chcieli mordować niewinnych i bezbronnych. Nie znali litości ani współczucia; jedyne, co ich interesowało, to zadanie możliwie największych strat znienawidzonym mieszkańcom Zachodu. Dlatego nie widzę niczego niewłaściwego w tym, że potencjalnym sprawcom zbrodni odmówiono praw przysługujących z zasady człowiekowi.
(Niewczesna gorliwość polskiej prokuratury, ” Uważam Rze”, 2-9 kwietnia 2012).
Proszę uważnie wczytać się w ten wyimek: po pierwsze – wystarczy być “potencjalnym sprawcą”, czyli kimkolwiek, aby zostać pozbawionym “praw człowieka”; po drugie – ponieważ oni nie mają skrupułów, to i my ich mieć nie musimy; po trzecie – barbarzyńcy są barbarzyńscy, więc i nasze barbarzyństwo jest usprawiedliwione.
Wydawało mi się, że Paweł Lisicki jest chrześcijaninem i ewangelie są jego chlebem powszednim. A on się zatrzymał przed kodeksem Hammurabiego i stamtąd pochodzą jego nauki.
W czepku urodzony
14/04/2012
Autor Pirata stepowego, debiutanckiej, lecz dojrzałej książki o Nestorze Machno, legendarnym buntarze okresu rewolucji i wojny domowej w Ukrainie i Rosji, którą przeczytałem od jednego zamachu, wydaje mi się szczęściarzem, w czepku urodzonym. Czytając Pirata stepowego nabierałem z każdą stroną przekonania, że autor trafił na właściwy sobie gatunek, którym jest reportaż historyczny i że służą mu w tej prozie skromność i wnikliwość, wrażliwość i wiedza, empatia i epika. Poprzedników ma znakomitych (Pruszyński, Jasienica, Marian Brandys) a przyszłość świetlaną, jeśli utrzyma się w swojej tematyce (pogranicza polsko-ukraińsko-rosyjskie) oraz skłonnościach rodzajowych: a może by teraz o Mazepie?
Czego mu życzę ze szczerą zazdrością, gdyż ze swoim gatunkiem męczę się całe życie i ciągle mam jeszcze nadzieję na niego trafić.
Armageddon?
27/03/2012
W zeszłą środę (21 marca) wysłuchaliśmy pouczającego i pobudzającego wykładu Jerzego Jedlickiego, dedykowanego Bronisławowi Geremkowi w 80 rocznicę jego urodzin.
Profesor Jedlicki, czytany i słuchany dotąd jako rozważny historyk krytyczny, wystąpił tym razem w roli przepowiadacza przyszłości i zastanawiał się nad tym, jaki będzie wiek XXI. Wyszło mu, że będzie trochę lepszy od wieku XX, podobnie jak wiek XX był, mimo wszystkich nieszczęść, lepszy od wieku XIX. Może ostrożniej: na przełomie wieków XX/XXI ludzkość była w trochę lepszej sytuacji, niż na przełomie wieków XIX i XX. Wolno więc domniemać, że za nastepne 100 lat, proporcjonalnie będzie jeszcze lepiej. Okazało się zatem, że Jerzy Jedlicki jest zwolennikiem idei postępu, choć uważałem go raczej za jej krytyka. Co prawda – w wersji bardzo umiarkowanej, ale jednak!
Mnie szczególnie zajęło to, że w swoich roztropnych przewidywaniach profesor nie uwzględnił w ogóle kataklizmu globalnego, o skali proporcjonalnie większej i skutkach proporcjonalnie bardziej niszczycielskich, od tego, którym w XX wieku była ostatnia wojna światowa. I o to zresztą zapytałem.
Nęka mnie bowiem od dawna wizja takiego kataklizmu, choć nie opieram jej na żadnej analizie, ani diagnozie. Mam natomiast irracjonalną pewność, że jest nieunikniony, choć jego czas jest nieokreślony. Pewność ta może brać się z tego, że wyrosłem w świecie kataklizmu i nie potrafię wyobrazić sobie świata naprawdę innego. Wyobraźnia u narodzin okaleczona, pozostaje już taką na zawsze.
Jeśli tak, to skąd mój umiarkowany optymizm, a co za tym idzie pewna skrzętność życiowa? Z równie irracjonalnej pewności, że kataklizm ten nie nastąpi za mojego życia. A w odniesieniu do moich dzieci i wnuków? Najmłodsi z nich mogą przeżyć całe to stulecie, więc jeśli moje przeczucia się spełnią, kataklizm ten musi ich zagarnąć. Jak mogę tedy spać spokojnie i wstawać pogodnie?
Mogę. Dlaczego? A dlatego, że równie pewny, jak samego kataklizmu, jestem tego, że epicentrum tym razem będzie gdzie indziej, a nie w Polsce i Europie, jak było dotąd. I to daleko stąd – w odległej Azji, na Pacyfiku albo Antarktydzie!
Tylko proszę nie dopisywać do tej pewności żadnej teorii przemieszczania się centrów cywilizacyjnych. Nie ma to bowiem niczego wspólnego z żadną taką teorią. Jest natomiast ostatnim residuum mesjanizmu polskiego.
Będziemy wybrani - i to nie do męki, lecz do zbawienia!
Tytuł od redakacji
20/03/2012
“Mainstream medialny jest bardzo osobliwy. Jest taką szczególną sztuka kołysania się. W bardzo małej mierze ustanawia jakieś reguły czy wartościuje sposoby bycia. On w gruncie rzeczy dryfuje jak łódź bez sternika, poddaje się jednej fali, drugiej tak, że ci, ktorzy siedzą w środku, jakoś się utrzymują, a niektórzy udają nawet sterników, upowszechniając wspólny język domniemanych czy założonych wartościowań. Ale to jest język, który będzie się musiał zmieniać. Nie może trwać już drugie pokolenie. Tego już nie daje się wytrzymać, dlatego budzą Jakuba S.”
Ja, człowiek lewicy. Z Andrzejem Mencwelem rozmawia Robert Walenciak. “Przegląd” nr 12, 25 marca 2012.
Tytuł pochodzi od redakcji, ale się go nie wypieram.
Luksus
Umyśliłem sobie emerytalny luksus, polegający na tym, żeby spotkać tylko tych, których lubię i chodzić tylko tam, gdzie lubię.
No i jak idzie? Całkiem nieźle, wychodzę z domu coraz rzadziej.
